Rozwój osobisty przez jednych jest wyśmiewany, przez drugich wręcz bosko uwielbiany. I przez jednych, i przez drugich branża mocno dostaje po tyłku. W tym odcinku opowiadam o tym, co mnie osobiście 😉 wkurza w rozwoju osobistym i jak ja podchodzę do tych kwestii.


Notatki do odcinka


Transkrypcja – podcast do czytania

No cześć, z tej strony Emilia Wojciechowska. Jestem coachem i trenerką mentalną i prowadzę dla Ciebie podcast Niezarobiona jestem, w którym uczę, jak osiągać więcej, stresując się mniej.

Odcinek trzynasty: „Co mnie wkurza w rozwoju osobistym?”.

Rozwój osobisty przez jednych jest wyśmiewany, przez drugich wręcz bosko uwielbiany. I przez jednych, i przez drugich branża mocno dostaje po tyłku. Dzisiaj opowiem Wam o tym, co mnie osobiście wkurza w rozwoju osobistym i jak ja podchodzę do tych kwestii.

Tradycyjnie już zacznijmy ten odcinek od głębokiego oddechu, który pozwoli Wam się wyciszyć, uspokoić i skupić na tym, co właśnie macie do przesłuchania. Powiem szczerze, że mnie też ten oddech się przyda przed nagraniem tego odcinka, no bo w końcu ma być o wkurzaniu się, więc może na początku trochę spokoju. Weź proszę razem ze mną jeden głęboki oddech i wyobraź sobie, jak całe Twoje ciało przy tym się bardzo mocno relaksuje. Wdech, wydech. Dziękuję Ci.

Ten odcinek początkowo miał być wpisem na blogu, ale stwierdziłam, że będzie wtedy mniej emocjonalny. A ja chcę powiedzieć o rzeczach, które mnie wkurzają, więc emocje tutaj muszą wybrzmieć nawet po tym głębokim oddechu. Więc stwierdziłam, że w tekście to trochę się zatrze, dlatego wolę o tym mówić.

Od razu taki disclaimer na początek: będę tutaj mówić o różnych zjawiskach w branży rozwoju osobistego, o takich o grzeszkach, może wręcz patologiach. Absolutnie nie twierdzę, że każda osoba działająca w branży te grzeszki popełnia. Nie mówię, że wszyscy są źli. No ba! Sama przecież też należę do tej branży, więc nie chodzi tutaj o to, żeby pod samą sobą podkopywać dołki. Także niech nikt nie czuje się tutaj osobiście znieważony przez to, co powiem, no chyba że sam z tych rzeczy korzysta, takie rzeczy mówi ludziom. Absolutnie nie chodzi mi o to, żeby zdelegalizować rozwój osobisty, choć niektórzy by tego bardzo chcieli. Chcę tylko wskazać te takie patologie, które choć powinny być marginesem, to ze względu na pewną atrakcyjność wypływają na dość szerokie wody i trafiają do stosunkowo wielu osób. Trafiają, bo przecież, kurczę, w głębi duszy każdy z nas chce być lepszy, efektywniejszy, sprawniejszy. No i wierzymy, że pomogą nam w tym proste przepisy. A bardzo rzadko to są proste przepisy, które po prostu można jeden do jednego wprowadzić do swojego życia.

Tak więc lista rzeczy, które mnie wkurzają w branży rozwoju osobistego i do każdego punktu postaram się dopowiedzieć, jak ja na to patrzę i co według mnie działa lepiej – albo może raczej według nauki – bo ja właśnie bardziej bazuję na takich rzeczach naukowych, a nie na takich, że komuś się wydaje albo ktoś usłyszał od Wszechświata. Dlatego sprowadzę, myślę, parę osób na ziemię, ale to ku wyższemu dobru. Bo faktycznie takie proste przepisy nie zawsze działają, działa to, co po prostu przetestujesz na sobie i co się okaże, że zadziała na Ciebie. No to co? Jedziemy z jazdą po rozwoju osobistym.

Pierwsza rzecz, która mnie bardzo… Właśnie dałam to na pierwsze miejsce dlatego, że to jest chyba coś takiego najbardziej, najbardziej uderzającego mnie – a to jest mianowicie traktowanie wszystkich ludzi jakby byli tacy sami. I jednym z takich właściwie podstawowych założeń psychologii człowieka, czy mówimy o osobowościach, czy o rozwoju społecznym ludzi jest takie przykazanie, że każdy z nas jest inny. I to jest, no wydawać by się mogło, oczywiste.

Natomiast gdy czytam pewne książki, artykuły czy oglądam pewne motywacyjne wideo, to mam takie wrażenie, że ich autorzy traktują ludzi, jakby wszyscy byli tacy sami. W związku z tym mają zawsze jeden gotowy przepis na wszystko i oczekują, że wszyscy ludzie niezależnie od środowiska, w którym się wychowali, niezależnie od tego, kim są teraz, niezależnie od tego, co przeżyli w swoim życiu, że na wszystkich to samo będzie działać. No ale właśnie nie będzie, dlatego że jesteśmy różni, że mamy różne doświadczenia, że nie dość, że się wychowaliśmy, to jeszcze żyjemy w różnych środowiskach, mamy wcześniejsze różne przyzwyczajenia, które trzeba wziąć pod uwagę, gdy chcemy coś zmienić w swoim życiu. I co się też z tym wiąże?

Pamiętam, że kiedyś czytałam książkę Obudź w sobie olbrzyma Anthony’ego Robbinsa – to jest dla niektórych taka biblia rozwoju osobistego, uwielbiają ją, mówią, że po prostu totalnie odmieniła ich życie i wszystkim polecają. To jest naprawdę taka biblia, w sensie jest gruba i drobnym maczkiem napisana, więc trochę czasu zajmuje, żeby ją całą przeczytać i jeszcze ją przerobić, i wprowadzić to wszystko w życie. Ale co mnie tam uderzyło, to miałam takie wrażenie, że Robbins chce pomóc Ci wprowadzać pewne nawyki w życie na zasadzie takiego warunkowania zachowań. To jest po prostu traktowanie ludzi jak zwierzęta.

Nie jest tak, że człowiek działa tylko na zasadzie nagroda – kara i że można tak jak wytresować psa czy świnkę morską (tak, ostatnio się dowiedziałam, że też się da, więc spróbuję na swoich) po prostu za pomocą kar i nagród np. pewne nawyki wprowadzić. Oprócz tego, że kary i nagrody, oprócz tego, że jesteśmy jakby nie patrzeć zwierzętami z biologicznego punktu widzenia, jest jeszcze coś, mamy coś jeszcze, czego zwierzęta nie mają – to jest nasz mózg. I w tym mózgu się różne rzeczy dzieją. Tam są wszystkie nasze przeżycia, tam są nasze przekonania, tam są nasze cechy charakteru, cechy osobowości, nasz temperament. Każdy z nas ma jakiś tam swój zestaw w mózgu tego wszystkiego i nie da się tak po prostu jeden do jednego wszystkich tych porad wprowadzić. No a pewno nie na zasadzie: jesteś po prostu kawałkiem mięsa, więc wystarczy Ci dać karę, żebyś czegoś nie robił, wystarczy dać Ci nagrodę, żebyś coś robił. Ja się poczułam obrażona, czytając tę książkę. Dosłownie, jakby moja inteligencja, którą moi przodkowie mi dali w ewolucji, była po prostu obrażona, bo jestem traktowana jak zwierzę. Gdyby to było takie proste, że wystarczy coś zacząć robić, a coś przestać robić, dodać do tego nagrody i kary, no to chociaż by nie byłoby ludzi otyłych na świecie. No bo przecież im wystarczy powiedzieć tak: mniej jedz, więcej się ruszaj. Koniec – nie ma otyłości. Tymczasem za otyłością stoi ponad 100 różnych przyczyn biologicznych przez fizjologiczne, aż po społeczno-ekonomiczne, więc takie powiedzenie, że jeśli chcesz schudnąć, no to po prostu się więcej ruszaj i mniej jedz, no nie działa dla danej osoby. Dla niektórych może zadziałać, ale nie dla wszystkich. Niektórzy naprawdę być może nie wiedzą, że muszą się ruszać więcej i mniej jeść, i może coś takiego im pomoże, ale u większości osób trzeba najpierw dotrzeć do tego, co spowodowało tę chorobę, czyli zacząć od przyczyn. Przyczyny rozwiązać i dopiero potem wdrożyć leczenie.

Natomiast takie coś, że po prostu wystarczy, że podejmiesz decyzję, wyznaczysz sobie cel i zaczniesz działać… no proszę Cię, ile z Was tak kiedykolwiek robiło? Dobra, mówię to do Ciebie, do jednej osoby, Słuchaczu, Słuchaczko, więc powiedz mi, ile razy wyznaczyłeś sobie cel lub wyznaczyłaś sobie cel, rozpisałeś, rozpisałaś sobie drogę do niego, postanowiłaś, postanowiłeś mocno, że to zrobisz i tego nie robiłeś. No patrz, u Robbinsa działa, czemu u mnie nie działa? No, kurde, właśnie dlatego, że aby to zrobić, to jeszcze są potrzebne dodatkowe kroki. O tym jeszcze trochę będę mówić na koniec przy okazji takiego bardzo sexy tematu jak strefa komfortu, ale zostań ze mną. A dlaczego właśnie ktoś uważa, że wystarczy komuś tak powiedzieć, że zaplanuj, mocno chciej, podejmij decyzję i zacznij działać? Dlatego że u niego w jakiś sposób to zadziałało.

I druga rzecz, która mnie bardzo wkurza rozwoju osobistym, to takie hasło: skoro mnie się udało, to Ty też tak możesz. Znowu wracamy do początku, do podstaw: jesteśmy różni. Przede wszystkim też mamy różny start w życiu i oczywiście są takie historie, że ktoś pochodził z biednej rodziny, a zgromadził samodzielnie ogromne majątki. Tak, ale to nie zawsze znaczy, że skoro komuś się to udało, to Ty też możesz. Tak naprawdę sukces wszelkiego rodzaju – chociaż bardzo chcemy wierzyć, że wcale tak nie jest – zależy też od tej odrobiny szczęścia. Że np. jesteśmy we właściwym miejscu we właściwym czasie, że np. spotkaliśmy właściwą osobę. I choć właśnie też ci tacy guru rozwoju osobistego szczególnie amerykańscy chcą nam wmówić, że mamy pełną władzę, pełny wpływ na nasze życie, to właśnie tak nie jest. Nie doceniamy, jak duży wpływ na nasze życie mają zewnętrzne okoliczności. I tutaj też można powiedzieć, że nie wystarczy chcieć, nie wystarczy chcieć być tak jak ktoś, nawet nie wystarczy skopiować krok po kroku, jeden do jednego drogę, którą ktoś przeszedł. No nie da się.

Nigdy nie możemy zakładać, że jeśli powtórzę dokładnie to, co robił ktoś inny, to będę w dokładnie tym samym miejscu, co ta druga osoba. Nie. Bo nie wiemy np. jak ta osoba się wychowała, nie wiemy, kogo po drodze spotkała, nie wiemy, nawet jeśli ona twierdzi, że daje nam gotowy przepis na sukces, na tę drogę, którą przeszła, to nie wiemy wszystkiego, może nie wszystkim się podzieliła ze względu tylko na to, że nie pamiętała o tym, nie dlatego że chciała źle, ale nie pamiętała, więc nie powiedziała Ci jednej ważnej rzeczy, np. takiej, że miała mentora, który doradzał poszczególne kroki w jej rozwoju. Dlatego to, że skoro mnie się udało, to Ty też możesz, to jest jedno z największych oszustw w rozwoju osobistym. I to nie znaczy, że ja teraz chcę zniechęcać Was, Ciebie, Słuchaczu, do tego, żeby robić to, co robi ktoś inny, kto jest w miejscu, do którego chcesz dotrzeć. Jasne, Ty możesz się starać, tylko weź to pod uwagę, że to, że komuś wyszło, nie starczy na 100%, że Tobie też wyjdzie. Być może trzeba będzie zrobić trochę więcej kroków, być może trzeba będzie włożyć w to trochę więcej pieniędzy, być może trzeba będzie zrezygnować z trochę innych rzeczy niż zrezygnowała tamta osoba albo może ona z jakiegoś powodu nie musiała zrezygnować, a Ty musisz rezygnować. To wcale nie musi znaczyć, że Ty też możesz i że Tobie też się uda tak samo jak tej osobie.

Trzecia rzecz, która się łączy w sumie z tymi dwoma pierwszymi, to gotowe przepisy na sukces. Ile razy ja już zaczynam czytać jakąś książkę, bo właśnie to jest takie typowe w amerykańskich książkach, że jest na początku wstęp o tym, czego się dowiesz z tej książki. I ta osoba w tym wstępie stara się Ciebie zapewnić, że to jest jedyne właściwe rozwiązanie, że ona już próbowała wszystkiego, że nawet próbowała rzeczy, które inni mówią na ten temat, ale to wszystko nie zadziałało. To ja mam rację, to jest tylko i wyłącznie jeden mój jedyny sposób na sukces i Ty go teraz możesz zastosować. Ja teraz się wręcz charytatywnie tutaj z Tobą niemalże poza ceną książki dzielę się tym moim sukcesem i to jest gotowy przepis. Po prostu bierzesz, wprowadzasz i masz. Czasami się da. W zależności od tego, na jaki temat jest książka, to czasami się da po prostu gotowy przepis przyłożyć, np. jeśli jest książka o tym, jak zrobić stronę internetową, no to tak, jeśli krok po kroku ją przejdziesz, to będziesz mieć faktycznie taki sam sukces, czyli postawisz stronę internetową. Ale takie rzeczy jak np. rozwój firmy, jak skuteczny marketing do Twojej konkretnej grupy docelowej, z Twoim konkretnym produktem lub usługą, to jeśli ktoś ma gotowy przepis na sukces, to, kurczę, jest takie proste powiedzenie: jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, co nie? I to tutaj też ma zastosowanie. Jeśli ktoś obiecuje Ci, że ma jeden właściwy przepis, że on przetestował, ale ten jest po prostu najlepszy, no to prawdopodobieństwo, że on jest też najlepszy dla Ciebie, w Twoim przypadku jest bardzo, bardzo małe.

I to się wiąże z czwartą rzeczą, która mnie wkurza w rozwoju osobistym to to, że na wszystko, na każdy problem – przepraszam bardzo, na każde wyzwanie, bo przecież nie można używać słowa problem – na każde wyzwanie jest jedno jedyne właściwe rozwiązanie. I w ogóle mam wrażenie, że na cały rozwój osobisty jest jedno właściwe rozwiązanie. Jeśli ktoś totalnie nie znając tematu, wszedłby do sieci i zaczął sobie wyszukiwać coś o rozwoju osobistym, to na pewno będą takie tematy jak: produktywność, czyli organizacja czasu, organizacja pracy, jak zmieścić jak najwięcej zadań w takim samym czasie. Po drugie – motywacja, jak się motywować do działania, jak robić, kiedy nie chce Ci się robić. Po trzecie – na pewno wyznaczanie celów i ich realizacja. Po czwarte – zmiana nawyków. I okej, zmiana nawyków, spoko, nie ma nic w tym złego, ale to są zazwyczaj konkretne nawyki, tam zazwyczaj wskazują, jakie nawyki, jakie cele to mają być, jaką Ty musisz osiągnąć efektywność, produktywność i stopień. Do czego konkretnie jest Ci potrzebna ta motywacja? To jest zawsze to samo. Po to, żeby zarabiać więcej, po to, żeby jeździć Ferrari, po to, żeby jeździć na wakacje albo przejść na emeryturę w wieku 35 lat. Mam wrażenie, że tak właśnie jak się wejdzie do sieci i takich początkujących treści na temat rozwoju osobistego poszuka, to jest w kółko jedno i to samo. Widzisz samochody, widzisz piękne palmy, widzisz koktajle, widzisz pięknych, atrakcyjnych ludzi, bo przecież też oczywiście musisz dążyć do pewnego określonego kanonu piękna, pewnego wyglądu, musisz mieć też określoną partnerkę czy partnera. Wiadomo, że no nie możesz, teraz już nie możesz sięgać niżej niż jakiś tam standard czy to w wyglądzie, czy w sukcesach tej drugiej osoby.

Zawsze jest jakaś taka jedna właściwa droga i to właśnie tworzy taką iluzję, że Ty też musisz do tego dążyć, a żeby do tego dążyć, no to właśnie musisz mieć motywację, musisz mieć produktywność itd., itd. Są gotowe sposoby po to, żeby osiągnąć gotowe cele. W sensie konkretne, przez kogoś wymyślone i Tobie narzucone. A ja zawsze powtarzam, że to już po prostu jest w nazwie: rozwój jest osobisty, czyli ma służyć Tobie, ma poprawiać to, co Tobie w życiu nie pasuje, ma Tobie dawać nowe kompetencje, ma Tobie rozwijać życie na taki poziom czy na taki obraz, jaki po prostu chcesz. Ale jaki Ty chcesz, a nie ktoś, kto uważa, że powinieneś tak mieć.

Bo przecież jak tak się zastanowić, jak ja czasem rozmawiam z klientami, to oni na pierwszej sesji właśnie mają coś takiego: „No bo ja to bym chciała podróżować, ja to bym chciał mieć wielki dom. Ja to bym chciała mieć w końcu własny taki fajny samochód…”. I okej, te marzenia są fajne, ale kilka sesji później okazuje się, że tak naprawdę to wystarczy im to, co mają pod względem posiadania, zależy im tylko i wyłącznie na tym, żeby ich rodzina była zdrowa i szczęśliwa, żeby mieli pieniędzy wystarczająco na wygodne życie, ale nie muszą przechodzić na emeryturę zaraz, nie muszą zbierać milionów czy miliardów, żeby im to starczyło do końca życia, bo lubią swoją pracę i chcą wykonywać nawet do dalekich lat seniorskich. I to jest totalnie okej. Nagle się okazuje, że ktoś kupił te marzenia innych ludzi jako swoje. Nie zrozum mnie źle, chcesz marzyć i marzysz o, nie wiem, własnej rezydencji na jakiejś małej wysepce na Pacyfiku, spoko, jeśli tylko wiesz, że faktycznie to jest Twoje i faktycznie tego chcesz. Ale bardzo często tak miałam właśnie z klientami, że te jakieś wielkie marzenia o szybkim sukcesie, o szybkich dużych pieniądzach, to wcale nie były ich, tylko się nasłuchali właśnie czegoś takiego, że powinni tak w ogóle podchodzić do prowadzenia biznesu szczególnie.

Bo jeśli nie masz wielkich marzeń, to bez sensu w ogóle zaczynać biznes, no to po co Ci ten biznes? Tak jakby biznes nie mógł być po to, żeby po prostu zabezpieczać pewne warunki życia, żeby żyło się wygodnie, miło. Nie trzeba, nie trzeba chcieć rozwijać swojej firmy do jakiejś międzynarodowej korporacji. Nie trzeba jej rozwijać, a potem sprzedawać. Nie trzeba mieć trzech Porsche w garażu. No chyba że chcesz, tylko pytanie właśnie czy chcesz, do czego Tobie jest to potrzebne.

Rozwój jest osobisty. I tutaj może to powinno się pojawić na początku, ale dobra – co ja w ogóle rozumiem przez rozwój osobisty? Dla mnie rozwój osobisty to jest wszystko to, czego nowego się uczysz, to wszystko to, co zmieniasz w swoim życiu. I jeśli tylko masz jakiś powód, dla którego chcesz się tego nauczyć lub to w życiu zmienić – czyli jeśli nauczysz się nowego języka, to jest to rozwój osobisty, jeśli wprowadzisz nawyk picia wody, bo wiesz, że to jest zdrowe, lepiej się po tym czujesz, to jest to rozwój osobisty. Jeśli zamiast wstawać o piątej rano, bo ktoś tak powiedział, że to jest rozwój osobisty, Ty wstajesz sobie o ósmej, bo poświęciłaś, poświęciłeś czas, żeby zbadać swój rytm dobowy, żeby wiedzieć, że kiedy wstajesz o ósmej, wtedy się najlepiej czujesz i najefektywniej wykorzystujesz swój dzień i swoją energię w ciągu całego dnia – to to jest rozwój osobisty. Możesz nawet wstawać o dwunastej, jeśli Tobie tak pasuje, jeśli wtedy lepiej działasz, jeśli pasuje to pod Twój plan dnia – to też jest rozwój osobisty. Nie każdy musi wstawać o czwartej, o piątej rano. I tutaj ktoś mógłby powiedzieć: „Ale jak to? Czy rozwój osobisty nie jest wtedy, gdy czujesz dyskomfort? Czy rozwój osobisty nie jest wtedy, kiedy czujesz, że trochę wychodzisz poza to, co jest Ci znane?”. O tym powiem w zapowiadanej już części o strefie komfortu, ale ja nie uważam, że jeśli nie czujesz tego dyskomfortu, to nie jest to rozwój. Bo można się uczyć nowych języków, co może być przyjemnością. Czy to jest dyskomfort dla kogoś, że poświęca powiedzmy godzinę dziennie na naukę języków? Dla niektórych tak może być, a dla niektórych to może być najlepsza godzina, jaką mogą spędzić w całym dniu. Więc nie fiksujmy się na tym, że rozwój jest tylko wtedy, kiedy coś tam Ci nie wiem, weszła jakaś drzazga pod łopatkę, kiedy czujesz się niewygodnie i coś trzeba zmienić. Nie tylko.

Rozwój osobisty dlatego jest osobisty, dlatego że zależy od tego, czego Ty chcesz. Naprawdę czuję, że to jest taki bardzo emocjonalny odcinek, więc jeszcze dla mnie i dla Ciebie, jeśli masz ochotę, głęboki oddech taki w środku: wdech, wydech. Jest okej, chwila relaksu, chwila uspokojenia. Jedziemy dalej.

Coś, co już trochę między wierszami szło, bo się bardzo wiąże z tymi wcześniejszymi rzeczami – wkurza mnie to, że właśnie tak jak już mówiłam o tych gotowych przepisach na sukces, czy jedynych właściwych rozwiązaniach, to to, że sukces jest jeden. Właśnie to, że powinnaś, powinieneś mieć wielką willę z basenem, trzy najnowsze sportowe samochody w garażu, najlepiej jeszcze dwójkę dzieci i dwa psy, może jakieś modne, może pitbulle, i do tego właśnie masz dążyć – też od podróży po świecie, do powiększania ciągle swojego majątku. Sukces jest jeden w definicji guru rozwoju osobistego, natomiast ja uważam, że każdy ma swój. Każdy ma swoją definicję sukcesu i każdy ma swoją taką wizję tego, do czego chce dążyć w swoim życiu, np. tego, do czego jest mi potrzebny swój biznes. Dla kogoś biznes będzie potrzebny właśnie po to, żeby zapewnić sobie szybką emeryturę, żeby zapewnić sobie luksusy, żeby zapewnić sobie podróże; wszystko, co najlepsze, co pozwoli mu przeżyć życie komfortowo i po okresie większego wysiłku już później niemalże bezwysiłkowo. Jednak tak jak już mówiłam, niektórym wystarczy dużo, dużo mniej. Dla kogoś największym sukcesem jest to, że ma własny dach nad głową, nawet jeśli to jest jakaś chatka na wsi, to, że rodzina ma co jeść, że dzieci mają za co się uczyć, że prowadzą po prostu szczęśliwe życie, że mają czas na swoje pasje, hobby. I to jest dla kogoś sukces. Naprawdę dla kogoś będzie sukcesem to, że ma mieszkanie w bloku. Dla kogoś będzie sukcesem to, że zapewnił swoim dzieciom możliwość edukacji. To jest dla kogoś sukcesem. A jak ja słyszę, że po prostu musisz wysoko dążyć, musisz mieć wielkie marzenia, bo jak masz małe marzenia, to i tak osiągniesz mniej niż te małe marzenia… To jakoś ma działać tak, że jak masz bardzo duże marzenia, to się będziesz mocniej starać, żeby tam dotrzeć, a nawet jeśli tam nie dotrzesz, to wciąż będziesz na wysokim poziomie. To jakoś tak ma działać też w drugą stronę, że jeśli masz małe marzenia, to się mniej starasz, a więc nie osiągniesz nawet tych małych marzeń. No nie, jeśli to jest Twoje marzenie, to będziesz do tego dążyć i zrobisz wszystko, żeby w określonym czasie je osiągnąć, nawet jeśli jest małe, nawet jeśli nie jest nie wiadomo czym, bo… każdy ma swoją definicję sukcesu. I zamiast bezmyślnie kopiować, zamiast bezmyślnie narzucać sobie jakieś wysokie tempo, bo Ty szybko już musisz zapewnić sobie te wszystkie cele, o których mówią inni, no nie. Zamiast tego zajrzyj w siebie i spytaj, możesz wrócić do poprzedniego odcinka, w którym rozmawiałam z Celestyną Osiak, ona ma taki fajny, piękny sposób, żeby to odkryć. Daj sobie chwilę spokoju, połóż rękę na sercu i powiedz: „Moja kochana duszo, witaj. Co masz mi dzisiaj do powiedzenia? Co masz mi dzisiaj do przekazania?”. I to naprawdę działa. Naprawdę, jeśli wierzysz w to, że działa, jeśli chcesz spytać tak w środku siebie, czego naprawdę chcesz, to to usłyszysz. Tylko nie mogą Ci tego zaszumiać te wszystkie inne cele innych ludzi, marzenia innych ludzi. Znowu nie mówię, że to złe. Możesz sobie marzyć nawet o podróżach w kosmos, tylko odpowiedz sobie na pytanie: Dlaczego? Po co mi to? I czy ja naprawdę tego chcę?

Kolejna rzecz – sukces wymaga niesamowicie wielkich wyrzeczeń i najlepiej rezygnacji z życia prywatnego. I znowu tutaj – jeśli weźmiemy sobie definicję sukcesu jako właśnie taki ogromny majątek i finansowy, i rzeczowy, i nieruchomości, i wszystko – to tak! Domyślam się, że aby na to wszystko zapracować, potrzebne są ogromne wyrzeczenia, potrzebna jest rezygnacja np. ze spotkań przez jakiś czas ze znajomymi, z jakichś imprez, po to, żeby cały swój czas przeznaczyć właśnie na rozwój biznesu, który później już będzie potrzebować może mniej Twojego zaangażowania, ale wciąż będzie dawał Ci profity. Okej, tylko już wiemy, że każdy ma swój sukces. I w związku z tym nie każdy sukces będzie wymagał tych niesamowicie wielkich wyrzeczeń i rezygnacji w ogóle z relacji z innymi ludźmi. Pamiętajmy, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i to relacje dają mu szczęście. I gdy pytano ludzi na łożu śmierci, czego najbardziej żałują, to myślicie, że ktoś mówił, że żałuje tego, że nie ma helikoptera, czy tego, że nie zbudował wielkiego domu, wielkiej rezydencji? No nie. Ludzie mówili, że za mało czasu poświęcali rodzinie, że za mało czasu poświęcali sobie, na swoje hobby i za mało czasu poświęcali na relacje z innymi ludźmi. To jest to, co ostatecznie daje nam szczęście. Dlatego jeśli ktoś Ci mówi, że nie masz wyników dlatego, że w niedzielę wieczorem poszedłeś do kina ze znajomymi, zamiast pracować, zamiast harować, to nie. No to w ogóle dlaczego ja tutaj mówię niezarobiona jestem? Dlaczego ja tutaj tyle mówię o odpoczynku? O relaksie? No dlatego że na dłuższą metę po prostu, jeśli Ty nie odpoczniesz, to Twój organizm o ten odpoczynek się sam upomni. I już miałam takie przypadki, miałam klientki, które mówiły, że nie pozwalały sobie nawet na tydzień pełnego urlopu, nie mówiąc o dwutygodniowym urlopie, no i w końcu przyszła do nich jakaś choroba, tak się organizm o to upomniał, że były np. przez pół roku wyłączone z pracy. A wystarczyło po prostu zadbać o te kilka dni spokoju co parę miesięcy. Dlatego tak, generalnie rozwijając biznes, szczególnie na początku, bardzo często będzie Ci trudno połączyć życie rodzinne, życie towarzyskie, rozwój osobisty, rozwój zawodowy z prowadzeniem firmy. Z czegoś trzeba będzie zrezygnować, ale do tego z czego zrezygnowałeś, zrezygnowałaś, trzeba będzie niedługo powrócić, np. żonglować tym, powiedzieć: „Dobra, w tym miesiącu nie spotykam się ze znajomymi, bo np. muszę zrobić kampanię i jeszcze czegoś przy okazji nauczyć, a w przyszłym miesiącu już spotkamy się i wtedy np. przystopuję ze sprzedażą”. Tak to zbalansować, żeby mieć czas na to, co sprawia Ci przyjemność, na to, co daje Ci szczęście, na to, co sprawia, że życie jest życiem, a nie życie jest tylko biznesem.

Dalej, już siódmy punkt ma mojej liście, co mnie wkurza, to jak oglądam takich szczególnie takich młodzieniaszków (to jest co ciekawe, że są to takie młode osoby, które zazwyczaj niedawno odkryły rozwój osobisty, odkryły, że można więcej, że można chcieć więcej, że można się rozwijać i nagrywają różne filmiki na Youtubie, często – co ciekawe – jest to powiązane z jakimś MLM-em albo teraz z modnym tematem kryptowalut czy innym szeroko pojętym zarabianiem w internecie, tam wszędzie, gdzie mówią, że możesz bardzo dużo zarobić, bardzo niskim kosztem i mało robić w ogóle) to bije od nich takie poczucie wyższości, bo ja to odkryłem, odkryłam, ja się rozwijam, a inni nie. I to jest bardzo niebezpiecznie, bo tez mówi się – są takie nawet kursy i e-booki, które mówią, że jesteś wypadkową pięciu osób, z którymi najczęściej spędzasz czas, więc musisz odciąć te osoby, które się nie rozwijają tak jak Ty. Nie do końca o to chodzi w tym ćwiczeniu, ale tak to sobie właśnie przemianowują, że Ty musisz teraz postawić na rozwój, że musisz w takim towarzystwie się kręcić, żeby ono też Ci dawało ten rozwój. I nagle patrzą na innych ludzi z wyższością, bo oni właśnie zaczęli coś robić ze swoim życiem, a reszta to są lemingi, które idą tylko jedną ścieżką. Nie każdy musi się rozwijać, jeśli nie chce. Nie każdy musi dążyć do tego jednego sukcesu, nie każdy dojdzie do takiego przemyślenia w życiu, że może warto coś zrobić inaczej. I to jest okej. Nikogo na siłę ja też nie ciągnę za uszy, żeby się zmieniał. Być może kiedyś dojdziesz do takiego przemyślenia, że warto coś zmienić w swoim życiu, i coś z tym zrobisz, być może nie, być może dojdziesz do przemyślenia, ale nie zrobisz, to jest okej, to jest wszystko Twoja decyzja. Ważne jest, żeby mieć tę świadomość.

No i w końcu dochodzimy do ostatniego punktu na mojej liście – który jest super sexy, super popularny i bardzo mocno się kojarzy z rozwojem osobistym, z coachingiem – tym tematem, tym hasłem jest strefa komfortu. I z tą strefą komfortu też właśnie a propos poczucia wyższości łączy się hejt, zwłaszcza jeśli w niej siedzisz, w tej strefie komfortu, i nie chcesz wyściubić swojego nosa poza chociażby jej granice. I ja też często słyszałam: „Przecież jesteś coachem, dlaczego czegoś tam nie robisz, przecież powinnaś rozwijać swoją strefę komfortu”. Albo: „Dlaczego właśnie nie namawiasz innych, żeby chcieli więcej, żeby mieli lepsze marzenia, przecież jesteś coachem?”. No właśnie strefa komfortu to jest pojęcie bardzo źle rozumiane. Bardzo źle, bo zazwyczaj jest tak rozumiane – to jest taki obrazek, o Jezu, on jest taki szkodliwy, a tak fajnie się klika, że… Są narysowane dwa kołka. Jedno kółko to jest strefa komfortu, w której Ty siedzisz, a drugie kółko, to jest where the magic happens, czyli tam, gdzie dzieje się magia. Czyli że wszystko, co dobre, dzieje się poza Twoją strefą komfortu i musisz zrobić wszystko, żeby z tej strefy wyjść, bo jeśli będziesz siedzieć tam, gdzie będzie Ci dobrze, to nic dobrego Ci się nie przytrafi. Cała magia jest poza Tobą w ogóle, poza zasięgiem Twojej strefy komfortu, musisz koniecznie z niej wyjść i iść do tej magii. I tak mówi się właśnie, że rozwój jest wtedy, kiedy czujesz dyskomfort. Tak, ale jednocześnie do rozwoju ludzie potrzebują czuć się bezpiecznie Mam do ciebie pytanie, jeśli masz takie wspomnienia z dzieciństwa – czy ktoś rzucał się na głęboką wodę po to, żebyś nauczył, nauczyła się pływać? Jestem w ogóle ciekawa czy jest ktoś gdziekolwiek na świecie nauczył się pływać tylko i wyłącznie od tego, że został wrzucony do głębokiej wody? Wprawdzie nie byłam wrzucana na głęboką wodę, ale byłam ciągnięta nawet w kółeczku ratunkowym, ale wciąż było to dla mnie przerażające, że mnie ktoś w tym kółeczku na głęboką wodę pociągnął. Czułam się bezpiecznie nawet w tym kółeczku na trochę płytszej wodzie i gdy ktoś mimo mojego sprzeciwu mnie tam brał na tą głęboką wodę, no przecież żebym się nie bała, bo wszystko jest okej, to ja panikowałam. I tak samo jak się kogoś, kto nie umie pływać, wrzuci na głęboką wodę, żeby się nauczył, bo się nauczy, bo się musi nauczyć, to on będzie panikował, a ta panika zaraz się zamieni w tonięcie. No bo to nie jest tak, że nagle magiczne zdolności pływania dostajemy tylko dlatego, że ktoś nas wyrzucił na głęboką wodę. Zaczyna się panika, zaczyna się łapanie powietrza, zaczyna się szukanie, czego by się tu złapać, i to może skończyć się tym, że kogoś innego pod wodę pod wodę taka osoba wciągnie.

I tak samo, jeśli ktoś na przykład mówi Ci, że żeby nauczyć się sprzedawać, to idź teraz, wyjdź na rynek i ogłaszaj, że masz coś tam do sprzedania. Albo podchodź do obcych ludzi i mów o swoim produkcie. Dla wielu osób to będzie po prostu jedna wielka panika i gdy w końcu się przełamią, bo przecież będą mieć wmawiane, że musisz się przełamać, żeby to zrobić, żeby się nauczyć, no to totalnie mogą utracić poczucie własnej wartości, bo im to nie będzie wychodzić, no bo zobaczą, że inni robią, a oni nie robią, więc coś jest z nimi nie tak. No absolutnie! Po prostu zazwyczaj, gdy się rozwijamy, gdy robimy coś nowego, no właśnie czujemy, że coś nam nie pasuje, no bo to jest coś nowego, jakieś nowe ścieżki się wytyczają w mózgu, ale jeśli to jest ten etap paniki, to nic nowego nam do mózgu nie wejdzie. Bo nie czujemy się bezpiecznie, bo nasz mózg jest właściwie w fazie przetrwania, nasz organizm jest w fazie przetrwania i wtedy nie ma opcji na naukę. Jest taki opisany model właśnie stref: jest strefa komfortu, strefa rozwoju i strefa paniki. I strefa komfortu to jasne, to jest taka strefa, w której czujemy się komfortowo, bezpiecznie, wygodnie, bo to, co tam się dzieje, jest nam znane i przewidywalne dość. Jednocześnie tutaj odbywa się faktycznie dość mało nauki, no bo nie ma tutaj wyzwań. Może też być nudno i ta nuda powoduje, że właśnie poszukujemy czegoś spoza tej naszej strefy komfortu. Ale za strefą komfortu leży strefa rozwoju. To jest miejsce, w którym te sytuacje czy działania są nowe, nieznane i możemy czuć dyskomfort, ale ten dyskomfort jest mały, że jesteśmy sobie w stanie poradzić z tą sytuacją tymi zasobami, które już w sobie mamy. Czyli faktycznie to jest takie lekkie wyściubianie nosa spoza strefy komfortu, ale to właśnie ta strefa, w której odbywa się rozwój. Jest bezpiecznie, bo jest blisko naszej strefy komfortu, jest bezpiecznie, bo jest nowość, ale nie taka nowość, która zagraża jakoś naszemu życiu. I nie, nie zrozumcie mnie źle, to że np. podejdziesz do kogoś obcego i przedstawisz cały swój produkt, to nie zagraża Twojemu życiu, ale Twój organizm może tak to odbierać. I generalnie w naszym życiu obecnie mamy mało takich sytuacji, które naszemu życiu grożą, a i tak się nimi stresujemy, bo tak to odbieramy, bo tak je widzimy, okej?

I tak: mamy strefę komfortu, strefę rozwoju i tutaj ponieważ poszerzamy w tej strefie rozwoju swoje możliwości, uczymy się nowych rzeczy, to dzięki temu poszerzamy, powiększamy swoją strefę komfortu, czyli nowe rzeczy stają się dla nas znajome i wygodne. Czyli pomału rozszerzamy swoją strefę komfortu, umiemy coraz więcej, ale jeszcze poza strefą rozwoju jest strefa paniki właśnie. To jest tam, gdzie odczuwamy spory dyskomfort, który staje się wręcz przytłaczający, pojawia się lęk, pojawia się stres i tutaj właśnie przez to nauka staje się niemożliwa. Dlatego gdy chcesz spróbować coś nowego, zmuszasz się do tego, bo ktoś Ci mówi, jesteś na jakimś szkoleniu i ktoś Ci mówi, że masz zrobić coś totalnie nowego, i czujesz panikę, to z tej paniki nie wyciągniesz nic dla siebie. Jeśli czujesz takie lekkie zdenerwowanie, które trochę miesza się być może z ekscytacją, to to jest ten moment, kiedy poszerzasz swoją strefę komfortu, i jesteś w stanie nauczyć się czegoś nowego i to z Tobą zostanie.

Wracając do tego, czy ja jako coach czy trenerka mentalna zachęcam do poszerzania tej strefy komfortu? Tak, do poszerzania właśnie. Nikogo nigdy nie ciągnę za uszy i nie wrzucę na głęboką wodę, żeby się czegoś nauczył. Takim przykładem może być się to, że ktoś mówi, że nosi w sobie już od kilku miesięcy jakiś taki post, że chce napisać o czymś – np. tak jak teraz o czymś takim kontrowersyjnym, że wrzucam granat do swojej własnej branży. I chciałby o tym napisać, no ale się boi. Ale coś go blokuje. To ja wtedy mówię: „Słuchaj, wyciągaj telefon”. No nie, nie wyciągnie, nie napisze. „Spokojnie, wyciągnij telefon”. Wyciąga telefon. „Otwórz facebooka czy inny portal, na którym chcesz to napisać i napisz ten post”. „Nie, nie nie, nie napiszę”. „Napisz, spokojnie. Jeszcze nie będziemy go publikować”. I ta osoba pisze ten post, czyta, poprawia, ma już gotowy post. I ja zazwyczaj nie muszę nic mówić, bo ta osoba sama mówi: „Wiesz co? Opublikuję go”. Już samo to, że go napisała, dodało tej odwagi, żeby faktycznie go opublikować. Bo dopóki to było gdzieś tam schowane w głowie, to okazywało się jakieś wielkie, jakieś się rewolucyjne, kontrowersyjne. A jak już napisała ta osoba, to nagle mówi: „Hej, ja to napiszę. Właśnie to jest moje, to jest tak jak ja widzę świat, więc ja chcę to opublikować. Chcę podzielić się tym z innymi”. Ja nic nie zrobiłam, ja nie powiedziałam: „Siadaj i rób live’a na ten temat, teraz, tutaj, bo po prostu chociaż nigdy w życiu nie występowałaś, nie występowałeś przed kamerą, to tu siadaj, rób live’a i natychmiast mów to, co chcesz powiedzieć”. Nie, ja badam, gdzie jest właśnie ta granica komfortu danej osoby i pomalutku ją razem rozszerzamy. Taki prosty sposób. Nie muszę wyciągać na głęboką wodę, bo co to da tej osobie? Będzie pełna stresu, pełna lęku, no i być może już nigdy już do mnie wróci, bo zafundowałam jej takie „fajne” przeżycie.

No to się wygadałam, to na pewno. Zeszło mi trochę serducha i jeśli mam podsumować i sformułować taką ogólną radę, jeśli chodzi o korzystanie z różnych treści rozwojowych, których jest coraz więcej i to jest bardzo dobrze, że jest ich coraz więcej. Bo też widzę, że w związku z tym, że ich coraz więcej, to jest coraz więcej treści wysokiej jakości. Właśnie takich, w których nie ma tych błędów, o których mówiłam. Ale warto wciąż podchodzić do nich osobiście, bo o to chodzi w rozwoju osobistym. I tak po pierwsze: sprawdź, co dla ciebie jest ważne i jakimi obszarami do rozwoju chcesz się zająć w tym momencie. I to jest bardzo ważne, że chcesz się zająć, a nie musisz, bo ktoś Ci tak powiedział. Czasem niektórzy mówią, że muszą zacząć robić live’y i ja pytam: „Po co chcesz robić live’y?”. Niektórzy mówią, że faktycznie, że chcą powiększyć rozpoznawalność, że czują się gotowi, że już robili próby i całkiem dobrze wypadają przed kamerą. To jest takie musisz, które jest właściwie równoznaczne z chcesz. A niektórzy mówią, że muszę robić live’y, bo wszyscy mówią, że live’y podnoszą rozpoznawalność, zasięgi, że wszyscy teraz robią live’y, więc ja też muszę. To jest to takie właśnie niefajne „muszę”. Także nie unikam tego słowa „musisz”, bo jest takie „musisz”, które bardzo łatwo można porównać do chcesz. Po drugie – wszelkie porady, nawet te, które tutaj Ci daję, szczególnie te, przefiltruj przez siebie. Czy to do mnie pasuje, czy to naprawdę pomoże w mojej sytuacji, czy mam odpowiednie warunki do wprowadzenia tego w życie. I takie fajne pytanie, które pojawiło się w odcinku dziesiątym, z Jadwigą Korzeniewską – czy to jest moje? Czy to jest moje? I po trzecie – sprawdzaj, jak to działa na Ciebie. Czy jak już zdecydujesz się wprowadzić jakąś rzecz, nauczyć się czegoś, to sprawdzaj, jak Ci z tym jest? Czy to faktycznie Ci pomaga, czy jest jakimś takim batem nad głową, który niekoniecznie pomaga Ci iść w dobrym kierunku. Czy jest kolejnym ciężarem, który sobie wrzucasz do tego plecaka, który niesiemy przez życie. Czy faktycznie zauważasz, że pomimo nawet, że jest ciężko, to idzie to wszystko w dobrym kierunku, to wiesz, że to będzie miało sens za jakiś czas, wiesz, że dużo dobrego z tego wyniknie. Także sprawdzaj. Testuj i sprawdzaj. Właściwie jak we wszystkim i to będę podkreślać myślę, że w wielu innych odcinkach, to ważna jest świadomość. Posłuchaj też odcinka dziewiątego, o tym, jak działać po swojemu, bo tam tez mówię o tej świadomości, o tym, żeby wiedzieć, co jest dla Ciebie ważne, i w ogóle jest tam odpowiedź na pytanie, co to znaczy, że jest dla mnie ważne, co to znaczy i jak działać po swojemu.

Mam nadzieję, że zainspirowałam Cię tym odcinkiem to tego, by faktycznie rozwijać się osobiście, czyli ze świadomością tego, co jest dla Ciebie ważne. Jestem bardzo ciekawa, czy jest coś, co Ciebie wkurza w branży rozwoju osobistego? Możesz się tym podzielić ze mną w komentarzu pod odcinkiem na stronie www.emiliawojciechowska.com/13, gdzie znajdziesz też notatki i transkrypcję tego odcinka. Do usłyszenia w kolejnym odcinku!