Przed tobą pierwszym odcinek “Niezarobiona jestem” z gościem! Otwieram tym samym cykl “Biznes po swojemu”, w którym rozmawiam z osobami, które prowadzą biznes inaczej niż wszyscy i dobrze na tym wychodzą. Posłuchaj dzisiaj, jak prowadzi się biznes bez zadyszki według Jadwigi Korzeniewskiej. Jadwiga jest Królową Nawyków i Pandą Produktywności. Pomaga osiągać cele– bez zadyszki, w zgodzie ze sobą. Wspiera w zmianie nawyków na dobre. Jest socjolożką, trenerką i coachką.


Notatki do odcinka


Transkrypcja – podcast do czytania

Cześć, z tej strony Emilia Wojciechowska, jestem coachem i trenerką mentalną i nagrywam dla Ciebie podcast Niezarobiona jestem, w którym opowiadam, jak osiągać więcej, stresując się mniej. Odcinek dziesiąty: „Biznes po swojemu: Bez zadyszki. Rozmowa z Jadwigą Korzeniewską”. Przed tobą pierwszym odcinek podcastu Niezarobiona jestem z gościem! Otwieram tym samym cykl „Biznes po swojemu”, w którym rozmawiam z osobami, które prowadzą biznes inaczej niż wszyscy i dobrze na tym wychodzą. Posłuchaj dzisiaj, jak prowadzi się biznes bez zadyszki.

Emilia Wojciechowska: Cześć Jadziu. Witam Cię serdecznie i ogromnie się cieszę, że przyjęłaś zaproszenie do mojego podcastu. Jesteś moją pierwszą gościnią w cyklu „Po swojemu”. Jak się z tym czujesz?

Jadwiga Korzeniewska: Jestem podekscytowana. Jestem zaszczycona. Chciałabym podziękować mamie, Bogu, Akademii oraz oczywiście Emilii.

EW: Ha! Super! Dziękujemy tym wszystkim. Dziękujemy naszym słuchaczom, którzy zdecydują się, mam nadzieję, zostać z nami do końca, bo coś czuję – jeszcze tego nie wiem, bo to nagrywam przed, w sensie zaczęłyśmy dopiero – że to będzie najlepsza rozmowa, jaką kiedykolwiek słuchaliście. Więc zostańcie z nami. Jadziu, no to co? Jedziemy?

Zaczęłam standardowo podcast od oddechu, bo chcę, żeby słuchacze się lepiej skupili na tym, co mówię, bo chcę, żeby sobie odpoczęli, zrobili sobie taką chwilę dla siebie, więc i Ciebie zapraszam do takiego krótkiego ćwiczenia na oddech, na relaks. Zachęcam teraz, żebyście zamknęli sobie oczy, kto może, kto nie prowadzi pojazdów, i wyobraźcie sobie, że przed wami, przed waszym nosem lata sobie taka mała kula światła, ciepła. Gdy weźmiecie wdech ta kula razem z powietrzem zleci w wasze ciało porozpościera ciepło po całym waszym ciele, a z wydechem ją puścicie dalej do świata. Bierzemy wdech i głęboki długi wydech. Super, dzięki wielkie!

Dzięki Jadziu, że dołączyłaś do mnie w tym ćwiczeniu i mam nadzieję, że wy też słuchacze drodzy dołączyliście, bo czuję, że to jest rozmowa, przed którą warto się skupić i warto to ciepło też posłać dalej w świat. Bo myślę, że będzie fajnie. Co nie? Dobra to tak jak już trochę powiedziałam, to jest pierwsza rozmowa w ogóle w moim podcaście. Odcinek numer 10 i pierwszy wywiad, więc jest okrągło, więc jest jubileuszowo, jest premiera i od razu taka fajna osoba jest ze mną. A seria podcastów nazywa się „Po swojemu” i będę rozmawiać z różnymi osobami, które w jakiś sposób – no właśnie – robią to wszystko inaczej, trochę inaczej niż wszyscy albo właśnie po swojemu. Ciężko tutaj jakieś inne sformułowania dobrać, robią to i im to wychodzi, i to dobrze wychodzi. Moje pierwsze pytanie, Jadziu, do Ciebie: Co dla Ciebie znaczy takie sformułowanie „biznes po swojemu”.

JK: No właśnie, jak tu ograć to inaczej, ale pierwsze mam skojarzenie, że po swojemu to znaczy na własnych zasadach. A własne zasady rozumiem jako takie, które są nie tylko przez nas ustalone, ale też takie, które są dopasowane i do naszych potrzeb i do naszych możliwości.

EW: Fajne to jest: i potrzeby, i możliwości, czyli skupiamy się tak naprawdę na takich dwóch obszarach, które no właśnie nie zawsze chciałyby tak fajnie współgrać, jak my byśmy chcieli. Potrzeby i możliwości.

JK: Tak, to nie są zawsze zbiory, które się nakładają na siebie aż tak bardzo, jakbyśmy sobie tego życzyli. I często bierzemy pod uwagę tylko potrzeby, zapominając o kontekście, w którym działamy, czyli o tym, jakie są nasze możliwości w danym momencie.

EW: To jak to pogodzić? Jak pogodzić te potrzeby z możliwościami, żeby tak było po naszemu, po swojemu?

JK: Myślę, że bardzo ważny jest kontekst, w którym działamy, czyli to, żeby nie patrzeć wyłącznie na potrzeby, czyli na przykład na to, że chcemy zrealizować jakiś cel, jakiś projekt, ale też by zwracać uwagę na to, jakie są nasze obecne możliwości, czyli na przykład, jakie mamy w danym momencie zasoby czasu czy energii a nawet i pieniędzy, bo potrzebujemy też zainwestować w pewne rzeczy, żeby móc iść do przodu. Czasami też mamy bardzo długofalowe projekty, gdzie mamy odroczoną gratyfikację w postaci tego efektu na koniec naszej pracy, i wtedy potrzebujemy sobie to zaangażowanie też zbudować poprzez jakiś system małych nagród, świętowania małych sukcesów, małych kroków milowych. Wydaje się to trochę masłem maślanym – małe kroki milowe, ale mamy tendencję do tego, żeby świętować właśnie tylko duże jakieś rzeczy, duże etapy projektu, a czasami te małe kroki to są też właśnie kroki milowe i warto też mieć na nie uważność, bo to też pozwala nam w pewien sposób monitorować postępy w projektach i jednocześnie, wracać do tego punktu, jakie są moje potrzeby i możliwości. Czyli zamyka nam się wtedy koło.

EW: Okej, tutaj mówiłaś o tej odroczonej gratyfikacji i to jest coś takiego, z czym moje klientki mają ogromny problem. Niby zdają sobie sprawę, że na niektóre sukcesy trzeba poczekać, a tutaj nagle się okazuje, że trzeba czekać może parę miesięcy albo nawet i parę lat, i dochodzą do takiego wniosku, że skoro trzeba te parę lat poczekać, to w sumie bez sensu jest zaczynać. I tak sobie myślę, że jest to coś takiego właśnie co poprzez te takie małe sukcesiki, małe kamienie milowe możemy trochę ograć, żeby to nie był taki sukces, na który czekamy latami, tylko żeby ten sukces można nawet powiedzieć, żeby się zadziewał codziennie. Jak na to patrzysz?

JK: Myślę, że tak. Że jest dużo racji w tym, co mówisz, w tej takiej uważności, na to co się dzieje każdego dnia czy na każdym etapie jakiegoś zadania, czy też realizacji projektu. My się bardzo mocno skupiamy właśnie na tym, co nas spotka (być może) na samym końcu. I to jest ta trudność, że bardzo się usztywniany w naszych planach i w naszych projektach. Co oznacza, że jak sobie wymyślimy i wyobrazimy, jaki ma być finał i ten finał, nie daj Boże, nie pasuje do tego wyobrażenia, które na przykład powstało pół roku wcześniej, na samym starcie projektu, gdzie po drodze się pozmieniały i nasze potrzeby, i nasze możliwości, i kontekst, w jakim działamy. I nagle się okazuje, że ten efekt wyobrażony nie przystaje do tego rzeczywistego. Tudzież odwrotnie. Tak naprawdę efekt rzeczywisty rozmija się z tym wyobrażonym i mam takie poczucie klęski po całości, bo przecież nie tak sobie to wyobrażałam, to nie tak miało być. I tutaj największą trudnością, oprócz tego, że potrzebujemy się rozćwiczyć w elastyczności myślenia, jest też to, żebyśmy potrafili planować w takich trzech wymiarach, czyli określać sobie cel minimum. To jest takie rzeczywiście minimum, na które jestem w stanie się zgodzić, poniżej tego standardu nie schodzę. Poziom optimum, czyli to naprawdę byłoby okej, to byłby fajny poziom realizacji, i poziom premium, czyli jeżeli życie zaskoczy mnie tak, że poziom optimum zrealizuję w czasie krótszym, niż zakładałam albo to pochłonie mniej mojej energii albo mniej pieniędzy czy innych zasobów, to ja wtedy dowiozę ten projekt do poziomu premium. Planowanie w takich trzech poziomach zapewnia nam właśnie wzięcie pod uwagę zmiennej „życie”. Czyli zmienia się nagle sytuacja, a to w projektach długofalowych jest nagminne, zmienia się sytuacja, kontekst, zmieniają się zasoby i nagle okazuje się, że kurde! mój cel nie zostanie zrealizowany tak, jak sobie założyłam. A my często zakładamy sobie po prostu premium i tę elastyczność w myśleniu możemy ćwiczyć właśnie przez takie podchodzenie do wyznaczania sobie celów na takich trzech progach, które podałam przykładowo.

EW: Super. Ta zmienna „życie”, o której mówisz, to najważniejsza zmienna i dotycząca wszystkich z nas wydaje się czymś takim, czego nie bierzemy w ogóle pod uwagę, i nas najbardziej wytrąca ze wszystkich celów, ale do tego chciałabym jeszcze wrócić, bo chciałabym przedstawić słuchaczom ten Twój przepis na biznes po swojemu. A mianowicie chciałabym, żebyś opowiedziała Jadziu, o Twoim haśle „bez zadyszki”, które jest obecne w tytule Twojego podcastu, w tytule Twojego kursu Freelance bez zadyszki i jak się Ciebie obserwuje, to widać, że towarzyszy Ci we wszystkich Twoich działaniach. Powiedz, co to znaczy dla Ciebie „bez zadyszki”?

JK: Dla mnie „bez zadyszki” to jest właśnie taka idea odkrycia swojego naturalnego rytmu działania, produktywności i uwzględniania tego rytmu w swoich działaniach. Czyli znowu – potrzeby i możliwości. Nie zawsze udaje mi się pracować bez zadyszki, czasami potrzebuję przyśpieszyć i trochę się spocić, ale zawsze po tym sprincie przychodzi czas na regenerację. Dla mnie działanie, życie i tworzenie bez zadyszki, to jest właśnie takie w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem produktywności, z szacunkiem do niego, z uwzględnieniem też zmiennej życie, żeby się nie zasapać, żeby zawsze było to miejsce na złapanie oddechu, co myślę, że też rezonuje z tym, w jaki sposób Ty działasz.

EW: Oj, mocno, mocno. Dlatego chyba Ciebie wybrałam na pierwszą gościnię, bo to jest takie moje, właśnie to bez zadyszki, ale nie chciałam tego kraść, więc zostawiłam to Tobie (śmiech).

JK: Jak to miło, że nie chciałaś mi tego ukraść (śmiech). Dziękuję.

EW: A powiedz mi, Jadziu, jak do tego doszłaś, że to jest Twoja droga, że to jest właściwy dla Ciebie sposób działania?

JK: Ojej, to jest chyba w ogóle temat na oddzielną rozmowę. Ja pamiętam, że jak odeszłam z etatu i przeszłam na freelance, to pierwszym moim zaskoczeniem było to, że będąc osobą naprawdę bardzo dobrze zorganizowaną na etacie, mającą niesamowicie dobrze poukładaną robotę, ja nie jestem w stanie tego przenieść jeden do jednego na pracę u siebie, na pracę zdalną, pracę z domu. To było dla mnie naprawdę coś bardzo trudnego do zrozumienia, że jak to? Jak to jest możliwe, że ja tych dobrych nawyków z etatu nie jestem w stanie przenieść, przynieść wręcz w teczce do domu, rozpakować je i zacząć używać. Praca zdalna, praca z domu, praca u siebie generalnie różni się strukturą w tak wielu momentach od pracy na etacie, pracy w biurze, że to wymaga poukładania sobie na nowo. To było takie pierwsze tąpnięcie w tej mojej organizacji, że kurde nie da się tego przenieść, przekalkować. Druga rzecz to taka, że ja sobie wyobrażałam, że jak odejdę z etatu i będę działać już na freelance, to 90% mojego czasu będę poświęcać na prowadzenie szkoleń, bo taki był mój pierwszy pomysł, a 10% to będzie łączenie tych pozostałych ról, które bardzo często skupiamy na sobie na początku naszej drogi na swoim, czyli obsługa klienta, marketing, księgowość itd., itd. Okazało się, że te proporcje są absolutnie odwrotne, czyli 10% czasu i energii mogłam prowadzić szkolenia, a 90% – to była praca za kulisami, czyli to wszystko, co trzeba zrobić, żeby te 10% miało szansę się ziścić. Poczułam w pewnym momencie, że jestem gdzieś nad przepaścią, to znaczy, że zaczyna się u mnie pojawiać wypalenie. Ja wręcz na pół roku musiałam odłożyć wszystko, co robiłam, kompletnie zostawić to. I cieszę się, że miałam taki komfort i psychiczny, i finansowy, że mogłam sobie na to pozwolić, i pół roku potrzebowałam zrobić sobie przerwę, żeby się po prostu nie wypalić na maksa. I te pół roku to było też najpierw kompletnie odłożenie wszystkiego na bok i w ogóle nie zastanawianie się nad tym, a co tu nie zadziałało, a co tu można poprawić, tylko po prostu odcięcie się od tego na maksa, wyjście z głową kompletnie z tego wszystkiego. Taka przestrzeń i prawo do tego, żeby po prostu – odcinam się i teraz robię coś kompletnie innego, odpoczywam, regeneruję się, robię rzeczy, które sobie odmawiałam, bo trzeba pracować, bo trzeba to, bo trzeba tamto. I w momencie, kiedy poczułam się już na siłach w trakcie tego półrocza, to zaczęłam się zastanawiać, co tu tak naprawdę nie zadziałało, co się takiego zadziało, że ta praca, która miała mi przynieść tyle sensu i tyle satysfakcji, i pozwalać realizować swoje wartości, zżera mnie od środka. I to był dla mnie taki moment zwrotny, w którym potrzebowałam na nowo kompletnie sobie przeformułować standardy swojej pracy, procedury tej pracy, ustawić takie ramy, w ramach których będę działać, poprzyglądać się od nowa swojej produktywności w pracy z domu i dopiero wtedy tak naprawdę kiedy zrobiłam te można powiedzieć sześć kroków do tyłu, gdyby każdy miesiąc był takim krokiem, to później zrobiłam dziesięć kroków do przodu i myślę, że gdyby nie te pół roku, które sobie dałam, to pewnie bym już po prostu pracowała na etacie. Być może nie byłoby kolejnych książek, nie byłoby kursów, nie byłoby mnie w coachingu. Myślę, że tak mogłoby się to skończyć, że rzuciłabym to w diabły właśnie w takim poczuciu, że świat mnie oszukał, bo freelance miał być taki wspaniały, a nie jest.

EW: Kurcze, ale tak sobie myślę – jakie to jest częste doświadczenie, że jak wiele osób właśnie rezygnuje z etatu na rzecz działalności po to, żeby w końcu odczuwać tę satysfakcję z pracy, żeby móc się poświęcić swojej pasji, żeby móc sobie samemu ustalać jak długo i ile pracuję i kiedy, i na czym, a później jest zderzenie z rzeczywistością, że hej to w sumie jest mi gorzej niż na etacie, a przecież tak miało być i właśnie świat nie oszukał. To wychodzi na to, że to w sumie w logiczne się wydaje, że trzeba zacząć od poukładania tej pracy na nowo. A jakoś tak się rzucamy w ten wir pracy na swoim i właśnie czasem potrzebujemy takiego zatrzymania, żeby zobaczyć, że da się inaczej, że da się lepiej, tak jak mówisz sześć kroków do tyłu, ale później dziesięć kroków do przodu. Jednak jak rozmawiam czy to z koleżankami przedsiębiorczyniami, czy to z klientkami i proponuję im: „Słuchaj, Ty się musisz teraz zatrzymać i dać sobie odpocząć, bo Ty zaraz padniesz”. To jest takie: „No nie, nie, nie, bo ja muszę pracować”. Jak myślisz, skąd to się bierze?

JK: Przede wszystkim nadal w naszym społeczeństwie mamy kult tak zwanej pracy ciężkiej, czyli czyli hustle’owania, które łączy się również z tym, że trzeba tym epatować, czyli trzeba pokazywać, jak bardzo się szarpiemy z życiem, jak bardzo jest nam ciężko, jak z wielkim trudem przychodzą nam różne rzeczy, jak niemal krwią i potem, i łzami okupujemy swoje projekty. I to się wiąże z całym wachlarzem różnego rodzaju przekonań, które mamy na temat czy pracy, czy zarabiania, czy pieniędzy – różnego rodzaju powiedzonka i przysłowia, które też nam budują ogląd. Ja na przykład bardzo długo się zmagałam z przekonaniem, że cierpienie uszlachetnia, i widziałam w cierpieniu jakiegoś rodzaju cnotę i że w zasadzie umartwianie się to jest takie fajne, bo to sprawia, że jestem lepszym człowiekiem. Jak teraz o tym mówię i siebie słyszę, mówiącą to, to się zastanawiam – jak? jak to możliwe, że sobie dałam to kiedykolwiek wkręcić w głowę? A jednak miałam takie przekonanie wyniesione z domu i rozkładanie na łopatki tego typu przekonań było tak naprawdę dla mnie krokiem milowym. Czyli to układanie sobie działania i pracy po swojemu najpierw zaczyna się w głowie. Najpierw trzeba sobie poukładać w głowie, zresztą jeden z moich kursów nazwałam dokładnie w ten sposób: Poukładaj sobie w głowie najpierw. Bo żaden system tworzenia list zadań czy organizacji pracy własnej nic nam nie da, jeśli głowa będzie mnie sabotować, jeśli ja nie będę wierzyła w to, że ja mogę działać po swojemu, że mogę decydować o tym, o której godzinie zaczynam pracę albo o której wychodzę z pracy. Ostatnio ktoś mnie zapytał, czy ja się nie wstydzę pokazywać na Instagramie, że ja tak późno wchodzę do pracy. Tu już taka uwaga dla osób, które nie wiedzą w czym rzecz – ja na IG pokazuję codziennie mój rytuał wejścia do pracy, więc codziennie wiadomo rzeczywiście, o której ja do tej pracy wchodzę. I zwykle ja do tej pracy wchodzę między 10 a 11, jestem osobą, która potrzebuje długiego porannego rozruchu, czyli wstaję rano, ale potrzebuję na spokojnie się ogarnąć. Cieszę się, że mam taki komfort, że mogę to zrobić, i dopiero między 10 a 11 wchodzę do pracy. Mój pik produktywności to jest między godziną 13 a 15. I dostałam właśnie takie pytanie, czy ja się nie wstydzę, że tak późno wchodzę do pracy. I ja sobie pomyślałam, dlaczego ja mam się wstydzić czegoś, co jest dla mnie dobre, co jest w zgodzie ze mną, co mi służy? Czy lepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym ja się zmusiła do wejścia do pracy o 8? Przez 3 godziny oglądała na YouTube filmy z kotami, które boją się ogórków, bo i tak mój mózg by jeszcze nie działał? Ja sobie myślę, że nie, że właśnie po to siebie poznałam, po to się przekonałam, jak wygląda mój rytm produktywności, żeby przejść z tą wiedzą do działania. I myślę, że dużą trudnością dla nas pracujących na swoim jest to, żeby pozwolić sobie wyjść z takich schematów, w których żyjemy, czyli musisz wstawać o 5 rano np., bo ludzie sukcesu tak robią, musisz ćwiczyć jogę o wschodzie słońca, bo ludzie sukcesu tak robią, musisz pić koktajl ze szpinaku, bo ludzie sukcesu tak robią, i masę mamy takich musisz/trzeba… bo ludzie sukcesu tak robią, wkręconych dokładnie tak jak przysłowia i inne przekonania. I żeby mnie nie zrozumieć źle, jeśli komuś wstawanie o 5 rano, jogowanie o wschodzie słońca i picie koktajlu ze szpinaku robi dobrze, to wspaniale. Ale jeżeli ktoś to kalkuje, bo taki jest trend, ale w ogóle to nie jest jego, w ogóle mu to nie służy, tu bym się mocno zastanowiła. Po pierwsze, dlaczego ja to biorę i wchodzę w to, mimo że mi nie służy, i tak naprawdę, gdzie jest moje, gdzie jest mój styl działania, gdzie jest mój naturalny rytm produktywności. Czyli znowu potrzeby i możliwości

EW: No jak bym słuchała tych wszystkich wskazówek, to jestem pewna, że nie nigdy odniosę w życiu sukcesu. Bo nigdy mnie nikt nie zmusi do tego, żebym ja dzień w dzień wstawała o czwartej albo o piątej rano, do tego stopnia, że rok temu jeszcze przed pandemią, gdy leciałam do Włoch na taki weekend, zimowy, u nas zimowy, tam już fajna wiosna, i nie sprawdziłam tego wcześniej i dzień przed wylotem okazało się, że lot jest o szóstej i trzeba o czwartej wstać, to ja się rozpłakałam. I mówiłam, że nigdzie nie jadę. Tak bardzo nie lubię wcześnie wstawać. I nie ma opcji, żeby wstawać, bo ludzie sukcesu tak robią. To trudno, to mam gdzieś taki sukces w takim razie. Ale do tego dochodzi takie właśnie – jak się tego wszystkiego słucha – no Boże, tego nie robię, tego nie robię, to po pierwsze, co ze mną jest nie tak, bo skoro inni to robią, to coś ze mną ewidentnie musi być nie tak, a po drugie, no właśnie, ja nigdy nie osiągnę sukcesu, więc po co zaczynać? Jedna z uczestniczek mojego programu grupowego Rusz z bloków, miała takie silne przekonanie, że sukces przychodzi tylko po ciężkiej pracy. Więc ona wyciągnęła taki wniosek, że nigdy sukcesu nie odniesie, bo ona nie chce ciężko pracować. I cały jej zapał, cała pasja ulatniały się, bo ona nie chce ciężko pracować, chce zadbać o siebie, a wtedy to już w ogóle nie ma sensu, bo nie odniesie sukcesu. Skąd się to w ogóle wzięło, że sukces to jest ciężka praca?

JK: No wiesz, bez pracy nie ma kołaczy…. czyli znowu to samo – powiedzenia, przysłowia, mądrości ludowe zasłyszane w dzieciństwie i uwewnętrznione tak mocno, że jeśli ktoś zapyta, to ktoś ci powie, bo tak jest, bo taka jest prawda, bo tak wygląda świat. To jest jak z tą walizką, o której pisałam w „Motywacja bez zadyszki”, że ten system wartości, przekonań, który mamy zapakowany w piękną walizkę, którą żeśmy wytachali sobie z dzieciństwa, i idziemy z nią w dorosłość. Potrzebujemy wyciągnąć spod łóżka, zdmuchnąć z niej kurz i otworzyć ją, przejrzeć te klamoty, które tam są, i sprawdzić, czy aby ten dziurawy gliniany dzbanek jest nasz i czy nadal jest nam potrzebny, czy skasowany bilet jest nadal nam potrzebny, czy te pantalony, które tam są, to jest nasz fason, nasz styl. Krótko mówiąc: znowu zrobić krok wstecz i poprzeglądać się sobie z ciekawością badacza. Tylko że to wymaga pokory i wzięcia pod uwagę tego, że ja mogę nie mieć monopolu na rację, że świat faktycznie, realnie może wyglądać inaczej niż mi się wydaje, że on wygląda, inaczej niż ja uważam w tej chwili, że on wygląda i działa. To wymaga też tego, żeby odłożyć też swoje ego na bok i poprzyglądać się sobie tak, jakbyśmy stali z boku, jakbyśmy traktowali siebie jako obiekt badań i jednocześnie byli badaczem, który skrupulatnie notuje to, co widzi.

Jeszcze wrócę do tego, co powiedziałaś, że przyglądamy się sposobom działania, które u innych działają, a my tak nie chcemy. Jest jeszcze taka opcja, że my próbujemy, bierzemy te sposoby, które u nas nie działają, a wtedy czujemy się jeszcze gorzej, wtedy mamy to poczucie, że coś z nami jest nie tak. Bo skoro tutaj na Instagramie widzę, że influenserka Natalia jakaśtam tak zrobiła i ona tak robi, i ona tak działa, i na każdym jej stories widzę, że ona jest uśmiechnięta i zadowolona, to coś ze mną jest nie tak, bo ja np. pojogowałam i wypiłam ten koktajl i mi nie dobrze, to musi być coś ze mną nie tak. Więc tu jest jeszcze ten aspekt, że biorę i u mnie nie działa, nie działa i ja sobie nie myślę „Kurde, to nie jest dla mnie, ja muszę inaczej. Potrzebuję poprzyglądać się sobie i zobaczyć, co w ramach moich możliwości mogę zrobić i zaimplementować, żeby zabezpieczyć swoje najważniejsze potrzeby”. Tylko myślimy „Coś jest ze mną nie tak, jestem zepsutym rowerem, który trzeba teraz mu wymienić dwa podzespoły i dętkę, bo inaczej nie będzie się do niczego nadawał, bo jest dziwnym składakiem po prostu”. To jest jeszcze ta rzecz. I ten wątek, który poruszyłaś, możemy mieć konflikty i wartości, i przekonań. Jeśli ja chcę odnieść sukces, ale tak jak podajesz w przykładzie, utożsamiam osiągnięcie sukcesu z tym, że on jest obarczony ciężką pracą, i jednocześnie mam potrzebę nie pracować ciężko, bo ja się już naharowałam na etacie i teraz wolę działać z lekkością, bez zadyszki, czy jakkolwiek w inny sposób, który jest ze mnie zdejmuje ten ciężar straszliwej pracy i orki na ugorze, to potrzebuję coś z tym konfliktem zrobić i jakoś go rozwiązać. Albo potrzebuję sobie na nowo zdefiniować, czym jest dla mnie tak naprawdę sukces, co dla mnie to sowo oznacza. Albo potrzebuję znaleźć takie historie, takich osób, albo w swojej własnej przeszłości znaleźć przykłady takich sytuacji, które mi pokażą, że możliwe jest osiągnięcie sukcesu nie tylko ciężką pracą. Czyli coś, co w łańcuchu moich przekonań zrobi mi wyłom, i powie: „Akuku, a zobacz, a tu przyszło lekko, przyszło łatwo, przyszło ot tak”.

Kiedy robiłam taki projekt kilka lat temu „LZ: perspektywy”, to pytałam różne osoby dla mnie ważne, inspirujące o to, jaką mają definicję sukcesu i porażki. I o ile z definicją porażki nie było żadnego problemu, ludzie mogli od razu odpisać na maila i podać – porażka to dla mnie to i to – to nie byli w stanie podać definicji, czym tak naprawdę dla mnie jest sukces. I to jest ta nasza bolączka, że my bardzo mocno koncentrujemy się na naszych potknięciach, jesteśmy w stanie ot tak, w nocy o północy wymienić dziesięć swoich najgorszych wtop. Począwszy od tego, że w 1987 na jasełkach szkolnych opuściliśmy figurkę małego Jezuska, kiedy wcielałyśmy się w rolę Maryjki, i to był pierwszy prognostyk, że nic z nas nie będzie, a jeżeli ktoś nas zapyta: „Okej, a top Twoich największych sukcesów?” I jest: „Yhm, czy możesz mi dać chwileczkę, a najlepiej ze 2 lata, to może coś osiągnę, żeby tę listę zapełnić”. Wracam tutaj jeszcze do definicji, żeby sobie podefiniować co to dla mnie jest sukces, co dla mnie znaczy odnieść sukces, czy w pracy na swoim, czy w życiu osobistym, czym będzie dla mnie sukces sprzedaży np. jakiegoś produktu czy sukces frekwencji na jakimś webinarze, bo to są też bardzo istotne rzeczy. Język, jakim my sobie opowiadamy świat, to jest kolejna rzecz oprócz właśnie przekonań czy świadomości wartości, swojego rytmu produktywności, którą warto wziąć pod uwagę.

EW: Czym dla Ciebie, Jadzia, jest sukces?

JK: Dla mnie sukces to jest przede wszystkim wewnętrzne poczucie, że zrobiłam dobrą robotę, z którą czuję się dobrze. Czasem, gdy na sesjach coachingowych ustalamy sobie z klientkami czy też z klientami, którzy pojawili się u mnie po kilku latach przerwy, ustalamy cel, to czasami przy pytaniu a po czym poznasz, że ten cel został przez ciebie osiągnięty, słyszę – poczuję to w śródku. I nas w szkołach, na kursach coachingowych uczą: doprecyzowuj, przyciśnij klienta, bo to ma być jasno określone. A ja czasami zostawiam klienta w ten sposób, bo to jest świat ludzi, którzy bardziej polegają na intuicji, to jest świat ludzi, którzy mówią – czuję motyle w brzuchu. I ja wiem, że oni naprawdę to poczują, że ten cel został zrealizowany. I dla mnie właśnie sukces to jest wewnętrzne poczucie, że ja się czuję dobrze z tym, co zrobiłam, mam poczucie dobrze wykonanej roboty i coś w środku, jakaś struna gra i to nie jest rzępolenie na gitarze, tylko to jest naprawdę bardzo fajna muzyka.

EW: Pięknie, fajnie. Tak z coachingoweego punktu widzenia to takie piękne zaufanie do klienta. Jeśli mi mówi, że poczuje, no to okej, poczuje. Dzięki, że się podzieliłaś. Wspomniałaś już takie brzydkie słowo na „h”, hustle i myślę, że większość słuchaczy będzie wiedziała, o co chodzi. A tak pokrótce chodzi o taki zapieprz generalnie – tak na polski. Zapieprz, z którego jesteś dumna, dumny.

JK: Ostry zapitol, który cię uszlachetnia, bo już się składasz w pół, ledwo widzisz na oczy i generalnie to płaczesz, pisząc maila do klienta. I to jest super. To jest właśnie ciężka praca, która przyniesie ci sukces. Natomiast hustle łączy się jeszcze z tym, że trzeba najpierw ponieść mnóstwo porażek. Im więcej porażek, tym lepiej. I nie jest jasno powiedziane w poradnikach, ile porażek trzeba ponieść, żeby odnieść sukces. I niektórzy na przykład siedem czy osiem razy wykorzystują ten sam sposób działania, bo może on się na myśli i np. za ósmym razem już zadziała. I tak muszę ponieść ileś porażek przed tym, jak osiągnę sukces, więc w sumie co mi szkodzi.

EW: Myślę, że takim numerem, który jest pokazywany za wzór jest 999, jak z tym Edisonem było, że on 999 porażek miał, a za 1000 razem zrobił żarówkę.

JK: A to nie za 10 000?

EW: Właśnie, kurde, nie wiem. Widzisz, niejasne to jest. Znowu nie odniesiemy sukcesu…

JK: Nie, nie. Proponuję jutro wstać o 5:00 i wypić koktajl, co ty na to?

EW: Nie (śmiech).

JK: Tak myślałam.

EW: No trudno, to już po nas. No ale hustle. My sobie tutaj robimy takie podśmiechujki z tego, bo wystarczy posłuchać fragment tej rozmowy, żeby wiedzieć, że nie jesteśmy jakimiś super fankami tego stylu życia. Robimy sobie podśmiechujki, ale mam wrażenie, że to jakoś tak bardzo atrakcyjne, że takie treści się sprzedają się, się wirusują w sensie się share’ują w sieci. Dlaczego to jest takie atrakcyjne, skoro wydaje mi się, że logiczny człowiek powinien właśnie iść raczej w stronę tego, żeby mi było dobrze, żebym ja się realizował, żeby realizować swoje wartości, niekoniecznie zapieprz, chyba że ktoś lubi. Dlaczego to jest takie atrakcyjne i chwytliwe?

JK: Wiesz co, znowu pytanie, jakie są skojarzenia np. z szukaniem łatwych rozwiązań. Kto szuka łatwych rozwiązań? No leniuchy szukają łatwych rozwiązań. One chcą iść na łatwiznę, tak? Ludzie bez ambicji idą na łatwiznę. To jest to jest ta sama akcja, wiesz, jak mówisz, że dla Ciebie istotne są pieniądze. Powiedz to na forum, że dla ciebie są ważne w życiu pieniądze, to co sobie ludzie automatycznie pomyślą o takim człowieku, że z wyrachowany, że jest egoista, że nie ma serca, że jest materialistą, złodziejem itd. Jak Ci coś przyjdzie łatwo i lekko, no to jak to było możliwe? Po znajomości, a najpewniej przez łóżko. Więc mamy znowu obrośnięte różnymi przekonaniami i stereotypami działanie w formie ostry zapitol i działanie w formie bez zadyszki, na luzie, we własnym tempie. Bo to jest bardzo istotne, że każdy z nas może mieć swoje tempo i ono się różni od tempa sąsiada, mamy, córki, pani ze spożywczego i tak dalej. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Więc chcemy też wpasować się w ten trend i w to, co społecznie jest akceptowane, i za co społeczeństwo zapłaci mi walutą zainteresowania. Jeżeli pokażę na przykład na InstaStories, że jest mi tak źle i tak strasznie się napracowałam, a tu mi jeszcze landing page nie działa, to jaka będzie reakcja? „Och, Jadziu, jaka Ty jesteś biedna, jak mi ciebie szkoda, bo ty tak ciężko pracujesz i landing page Ci nie działa, kurczę, szkoda”. I to jest wiesz, ta waluta: 1) zainteresowania, 2) sympatii, 3) współczucia. I jeszcze takie podreperowanie się czasami, że no tak, bo to się trzeba tak ciężko strasznie napracować, a ja tak ciężko nie pracuję, no to dlatego nie osiągam sukcesu. Więc git, mam samospełniające się proroctwo, mogę dalej oglądać serial na Netflixie. I teraz bardzo często w tym swoim bezzadyszkowym działaniu pokazuję, że mi coś nie wypaliło, że coś mi nie wyszło, że coś zapomniałam, że czegoś nie dowiozłam. Dla mnie jest to taki element autentyczności, żeby pokazać, że ten nasz świat social mediów pokazuje tylko scenę, a najwięcej przedstawienia rozgrywa się za kulisami. I teraz można epatować hustle’owaniem, czyli pokazywałem, że jest mi tak źle i ciężko i tak po prostu pracuję, i szarpię się z życiem i mam już 57 porażek, czekam na przełamanie, aż nastąpi sukces. Albo można też działać we własnym tempie, może nie odnotować aż tego porażek albo tylu sukcesów, ale działać po swojemu, we własnym rytmie, we własnym tempie, w zgodzie ze sobą i jednocześnie pokazywać tę prawdziwą twarz – jak wygląda takie działanie. Jak wygląda tworzenie w trybie bez zadyszki i że ono też jest obarczone błędami, też jest obarczone tym, że coś się wykrzaczy, ale nie biorę tego jako wyznacznik swojej wartości w tym świecie produktywności. A w hustlingu jak najbardziej wyznacznikiem mojej wartości, moim pozycjonowaniem jest to, że ja się szarpię, jest mi ciężko, niewygodnie i jeszcze metka w gaciach mnie uwiera.

EW: No.

JK: No, komplet.

EW: (śmiech). Kurde, no ja nie wiem, jak ludzie mogą za tym biec. Jest też taki podziw za tym, bo jednak mamy wkładane w głowę, że ci wszyscy wielcy biznesmeni, to oni robili to, to to, i to. Oni hustle’owali, więc jeśli ja będę to robić, wszyscy znają te historie i ja też podążam ich śladami, więc będą mnie podziwiać tak jak ich. Ale właśnie trzeba sobie też zadać pytanie, czy mi zależy na tym podziwie. I w większości okazuje się, że w sumie to nie.

JK: A nawet, jeśli mi zależy, to czy ja chcę być naprawdę podziwiana za to, że ktoś będzie uważał, że to jest ta najbardziej poobijana, posiniaczona i podrapana na czole, i jeszcze metka w gaciach ją uwiera. Czy ja chcę się w ten sposób pozycjonować, żeby podziw dla mnie, czy też uznanie dla mojej marki wiązało się z tym, że ludzie mówią: „A to ta, co cały czas się kopie z koniem!”. No tak, to znam, kojarzę. Plus czy hustlerowie (już nie wiem, jak to się odmienia) ci ludzie sukcesu, do których aspirujemy, to czy to jest moje. Czy to jest naprawdę ta ścieżka, w której ja siebie widzę. Czy jak widzę pana z amerykańskiego poradnika, który mówi mi „Let’s do it”. I „do it” w ten sposób, tu masz napisane 1,2,3, zrób. Czy to jest moje i czy ja za dziesięć lat siebie widzę, że jestem taką panią w garsonce i w poradniku mówię Kamon, let’s du it! Tu masz 1,2,3 i rób i jak zrobisz 1,2,3, to będziesz człowiekiem sukcesu. Czyli znowu jak my definiujemy siebie, jak widzimy siebie za X czasu i jak widzimy swoją markę. Co ta marka czy osobista, czy działamy pod szyldem markowym, co ona ma zrobić w świecie ogólnie, co ma zrobić w świecie klienta, co ma zrobić też w moim świecie? Skoro działamy na swoim, to też z jakiejś przyczyny to się zadziało, z jakiejś przyczyny taka decyzja została podjęta. I teraz inspirujmy się ludźmi, którzy przystają do naszych ścieżek i naszych wyborów, ale broń Boże, nie kalkujmy, bo wtedy stajemy się karykaturą tych wielkich człowieków sukcesu.

EW: No bo ci wielcy ludzie sukcesu mają też takie hasło, że jeśli chcesz gdzieś dojść, to znajdź kogoś, kto tam doszedł i rób dokładnie to, co on, to Ty też tam dojdziesz. To w sumie nie byłoby takie głupie, tylko trzeba jeszcze dodać jeden krok – przefiltruj to przez siebie.

JK: Dokładnie. I znowu: potrzeby, możliwości, kontekst plus też holistyczne spojrzenie. Dokąd ja tak naprawdę dążę, jakie są moje aspiracje, o czym jest to, co ja robię, dla kogo to jest, kto tak naprawdę będzie odbiorcą tego? Co ma to zrobić mnie, odbiorcy i światu? Czyli tak naprawdę poczucie wpływu, że swoimi usługami czy produktami też możemy wywierać szerszy wpływ niż tylko na własny rachunek bankowy.

EW: A jak poznać, że coś jest moje albo nie jest moje?

JK: Bardzo dobre pytanie. Dla mnie pierwsze sito to jest zawsze system wartości, czyli jak już sobie rozpakujemy tę walizeczkę, w której żeśmy sobie przytachali różne dziwne klamoty i się okaże, że część rzeczy jest nasza, część jednak nie, i zaczniemy sobie tam wpakowywać rzeczy, które dla nas są tak naprawdę istotne, to to jest dla mnie pierwsze się to w każdym procesie decyzyjnym – czy projekt, zaproszenie do jakiegoś projektu, czy też właśnie projekt, który sama sobie wymyślę rezonuje z tym, co ja mam swoich wartościach, czyli czy ja przez to działanie będę w stanie zrealizować istotne dla mnie wartości, potrzeby, dążenia, motywacje. Co jest moje, a co nie jest moje to tak naprawdę najlepiej jest poznać na drodze eksperymentowania i po prostu sprawdzania. Przy zmianie nawyków, w której też mocno siedzę, bardzo często jest tak, że rzeczy, które działają przy jednym nawyku, przy drugim u tej samej osoby kompletnie się nie sprawdzają. Czyli znowu kontekst – potrzeby, możliwości, kontekst, cały czas jesteśmy w tym samym kółeczku jak ten chomik w kołowrotku. I myślę, że tak naprawdę nie ma lepszej drogi do tego, żeby poznać i swój rytm produktywności, i właśnie co mi odpowiada, co jest moje, co nie jest moje, niż to wcielenie się w rolę tego obserwatora, który jednocześnie jest też przedmiotem badań. Ego na bok, pokora i autoobserwacja, czyli obserwuje siebie, szukam schematów, szukam powtarzalnych wzorców, szukam rzeczy też nowych, na które być może nigdy nie zwróciłam uwagi, a teraz to zobaczę i wyciągam z tego wnioski. Innej drogi szczerze mówiąc nie znam, zwłaszcza lepszej.

EW: Z tego co mówisz, wynika, że tak naprawdę w tej drodze do odnalezienia tego mojego po swojemu, co to dla mnie znaczy, czeka nas dużo porażek, dużo potknięć, dużo właśnie być może eksperymentowania z różnymi podejściami, a niektórzy mają takie wrażenie, że oni muszą już szybko mieć ustalone co będą robić, jak będą robić i ja chyba sama wpadłam w taką pułapkę na początku swojego biznesu. Bo ja bardzo chciałam szybko już wszystko mieć, osiągnąć ten sukces, chociaż właśnie go nie zdefiniowałam. No i miałam wrażenie takiej presji, że ja muszę właśnie już mieć wszystko poukładane, muszę wszystko wiedzieć co i jak, kiedy tak jak patrzę wstecz, to jest to takie fajny proces dojrzewania, obserwowania siebie, dostrzegania, co jest dla mnie ważne, w ogóle po co ja to wszystko robię.

JK: Tak. A jeszcze mam taką refleksję, że na przykład teraz jak widzę różne nowe osoby, które się pojawiają na naszym rynku eksperckim, to mam czasami właśnie taki flashback. Widzę kogoś nowego i myślę sobie: „O kurde, to jestem ja parę lat temu”. Dokładnie jakby ten sam schemat działania, ten sam pomysł na siebie i tak sobie myślę: „Kurde, ale to jest niesamowite, że ten ktoś za pięć lat będzie teraz w tym miejscu, a może dalej, a może, wiesz w jakimś innym rozgałęzieniu, ale będzie być może gdzieś blisko miejsca, w którym ja jestem dziś”. I to jest takie dla mnie też niesamowite obserwowanie tego, że ten rynek cały czas cyrkuluje, cały czas ktoś nowy się pojawia, coś nowego się dzieje, a jednocześnie powielamy te same schematy. Wchodzę na rynek i wiesz – pach, pach, pach. To jest znowu ten efekt, że widzę cudze sceny, a nie widzę tego przedstawienia właściwego, które się dzieje za kulisami. Więc znowu korzystam z gotowców, gotowych rozwiązań pod tytułem idealna lista to-do i jak ją zaimplementujesz, to w ogóle sztos, wszystko Ci się będzie samo odhaczać. A okazuje się, że dopóki się nie zrobi tej pracy za kulisami, pracy na zapleczu, to to jest cały czas właśnie jak naklejanie plastra na złamaną nogę. No git, plaster pozwala się ranie zagoić, stwierdzasz, że noga złamana to w sumie trochę rana, naklejasz plaster i mówisz, że to się jakoś zrośnie. I to się jakoś zrośnie, tylko że do końca życia możesz utykać na tę nogę i ona Ci będzie dokuczać. Więc dla mnie taka nauka po tym pół roku, kiedy musiałam naprawdę się zapauzować totalnie, to jest właśnie to, żeby nie przeoczyć tego, że najpierw trzeba zrobić tę robotę za kulisami, a dopiero potem wyleźć na scenę i na niej występować. W takim kontekście, że same narzędzia w moim odczuciu są sprawą wtórną, bo czy różnych systemów, modeli, 50 sposobów na… znajdziesz sobie zawsze, ale to co najpierw trzeba zrobić, żeby te 50 sposobów na coś zadziałało, to zrobić sobie porządek w głowie. Bez tego to będzie cały czas ten plaster na złamaną nogę.

EW: Czyli jak chcesz do przodu to i tak najpierw trzeba zrobić krok wstecz.

JK: Być może nie zawsze, ale z moich doświadczeń tak wynika, że na pewno moim błędem było właśnie to, że ja myślałam, że to się uda jeden do jednego przenieść, jeżeli chodzi o mój sposób organizacji pracy; mnogość ról na początku przytłaczająca i działanie na gotowych schematach, bo inni tak robią, bo tak robią ludzie sukcesu i tak dalej bez przyjrzenia się temu z szerszej czy też innej po prostu perspektywy.

EW: Tak jak mówisz o przytłoczeniu to ja sobie przypominam Ciebie przytoczoną, kiedy spotkałyśmy się na Twojej ostatniej konferencji Strefa Zmian, gdzie miałam przyjemność występować, i pamiętam, jak rozmawiałyśmy, i kurde byłam taka zdziwiona, jak mi powiedziałaś, ile Cię to kosztuje i że właśnie myślisz o tym, żeby albo z tego zrezygnować, albo zrobić to jakoś inaczej. I tak sobie teraz przypominam, że to gdzieś tam musiałbyś ten moment, kiedy zaczęłaś sobie to wszystko przedefiniowaniowywać. Powiedz mi więcej, nam więcej, o tym, dlaczego w ogóle zrezygnowała się z organizacji konferencji, czy to miało związek z tym redefiniowaniem tego, co jest dla Ciebie ważne i tych potrzeb i możliwości?

JK: To pół roku pauzy, o którym mówię, miało miejsce wcześniej znacznie i teraz próbuję umiejscowić. Ostatnia strefa zmian to jest marzec 2019, a ten moment pauzy, który ja sobie potrzebowałam wcisnąć, to jest mniej-więcej 2016 może 2015, coś takiego, czyli jakieś dwa czy trzy lata mniej-więcej pewnie po tym jak odeszłam z etatu. Jak widać dużo czasu mi zajęło to, żeby się zapętlić i dopiero powiedzieć: „Stop. Okej, zróbmy teraz krok do tyłu i zobaczmy, co się to się w ogóle dzieje zanim zaczniemy się zajmować tym, jak to naprawić”.

Natomiast projekt Strefa Zmian to jest łącznie siedem konferencji, które się odbywały dwa razy w roku, czyli 3,5 roku tak naprawdę ten projekt trwał. Każda edycja to były trzy strefy tematyczne, w każdej strefie pięć wystąpień, czyli piętnaście łącznie wystąpień w ramach każdego eventu, do tego patroni i partnerzy medialni, no i oczywiście cała obsługa związana z organizacją eventu. I ja kochałam ten projekt naprawdę, miłością wielką, gorącą i żarliwą. To był taki projekt wymyślony od zera, pierwszą edycję i drugą organizowaliśmy jeszcze w tandemie razem z Igorem Rotbergiem. Pomysł na konferencję zrodził się w ten sposób, że byliśmy zaproszeni jako prelegenci na różne eventy i zawsze byliśmy taką lożą niezadowolonych prelegentów na tych konferencjach. To znaczy tak żeśmy trzymali się na uboczu, bo tam prelegenci zwykle owiani byli jakby taką aurą, że to są gwiazdy, prelegenci to są niesamowite gwiazdy i w ogóle jak zapłacisz więcej, to masz nie wiem wdychać powietrze, które prelegent wydycha i usiąść bliżej niego, no nie? Tego typu akcje. I ja bardzo się źle z tym czułam, bo ja nie cierpię takich akcji i tak żeśmy sobie narzekali, że kurde tutaj tak ci prelegenci odcięci od tych uczestników, że tak nie ma atmosfery, że to, że tamto. Ja w końcu mówię: „Ty, może tego się nie da zrobić lepiej? Może to jest maks co się da wycisnąć z takich eventów?” I mówię: „Sprawdźmy, zróbmy, zorganizujmy, wymyślmy”. I tak się zaczęło, że po prostu usiedliśmy i się zastanawialiśmy, co by grało z nami, z naszymi wartościami, co byśmy chcieli, żeby taki event zrobił w życiu uczestnika, jak miałby być zorganizowany, jaka by właśnie miała stać za tym idea, jaka formuła i tak się też zrodziły trzy strefy tematyczne i przy chyba trzeciej edycji albo przy czwartej już teraz nie jestem w stanie tego szukać w głowie Igor zdecydował, że jemu z tym projektem nie jest po drodze i że tyle. Więc ja przejęłam organizację w 100% na siebie i nadal ten projekt czułam, nadal go lubiłam, nadal on grał z moimi wartościami. Natomiast on pochłaniał bardzo dużo zasobów czasu i energii. To znaczy organizacja każdej edycji kolejnej, po tym jak sobie wypracowałam już procedury, czyli tak naprawdę w okolicach drugiej edycji to już był taki trochę z jednej strony samograj organizacyjny, bo miałam po prostu swój zeszyt projektowy i w nim listy zadań przyporządkowane do wszystkich obszarów. Czyli np. prelegenci oddzielna lista, uczestnicy, co trzeba było zrobić na stronie wydarzenia i trzeba było to odhaczać. Natomiast nadal to były niesamowite zasoby czasu i energii potrzebne na każdą edycję, aby ją zorganizować, i biorąc pod uwagę, że to były 2 edycje w roku, to się okazywało, że ja mniej-więcej pół roku w każdym orku przeznaczam na Strefę Zmian. I stwierdziłam, że mam tyle innych pomysłów, tyle innych projektów, innych rzeczy bym chciała porobić, ale nie jestem w stanie, bo przeliczając siły na zamiary, potrzeby, możliwości, kontekst, to angażując się w Strefę Zmian tego nie jestem w stanie dowieźć, tego nie jestem w stanie wziąć, tego nie jestem w stanie się podjąć. I ostatnia edycja, 7, pamiętam, że organizowałam ją z takim nastawieniem: „Boże, niech już będzie po. Niech ona się już odbędzie, niech ja to już zamknę i fajrant, i biorę oddech i robię jakieś inne swoje projekty”. I to mnie zastopowało, bo to był dla mnie taki moment, jak się złapałam tej myśli, że oooo! to jest niebezpieczne, bo to znaczy, że gdzieś przestało mi to już grać z wartościami. Jeżeli ja mam myśl, że ja chcę to wypchnąć kolanem, to nie. To nie o to chodziło w tym projekcie. I to było bardzo trudne dla mnie, żeby się z nim pożegnać. To trochę, wiesz, taka żałoba projektowa tak naprawdę do człowieka przychodzi, bo jest też wiadomo, że ta konferencja ma już wyrobioną markę, że ona się już ładnie pozycjonuje, że ta nazwa już krąży w świadomości uczestników. To, że od kilku edycji widzisz, że te same osoby w gronie uczestników się pojawiają i niektóre przyjeżdżają z drugiego końca Polski, bo na Strefy Zmian to muszą, bo to jest najlepsze wydarzenie, w jakim kiedykolwiek brali udział, to nadal to gdzieś z Tobą rezonuje. I widzisz, że to jest ta Twoja definicja sukcesu, że robisz dobrą robotę, ale ta robota już nie robi Tobie dobrej roboty gdzieś w środku w twojej głowie. Więc decyzja nie była łatwa, wręcz odwrotnie, natomiast uważam, że była jak najbardziej właściwa, bo ja poczułam ulgę w momencie, w którym podjąłem decyzję okej, po tej marcowej edycji, że jesiennej już nie będzie, poczułam ulgę, taką jakby mi ktoś po prostu plecak z toną gruzu zdjął nagle i to było dla mnie takie – uch, fajnie. Ciężko, no bo jednak wszystko pospinane po tym zdjęciu plecaka z gruzem, tu boli, tu strzyka, ale jakoś tak lżej, nie? Pozbieram się, poskładam i będę gotowa do tego, żeby wyruszyć w nową drogę.

EW: Tak sobie myślę, jak Ciebie słucham, że mimo wszystko prowadzenie biznesu bez zadyszki wciąż jest w pewnym sensie ciężką pracą, dlatego że cały czas trzeba być w kontakcie ze sobą, patrzeć, co ja o tym myślę, jak ja teraz czuję w stosunku do tego projektu czy do tego zadania, czy do tego klienta, czy do tego współpracownika. Więc myślę, że możemy pocieszyć te osoby, które tak walczą ze sobą – czy ja chcę ciężko pracować, czy chcę jednak prowadzić biznes jakoś lekko po swojemu, że w sumie to pogodzicie to (śmiech).

JK: Tak jak powiedziałam na wstępie, że to czasem trzeba w ten sprint wejść i czasami trzeba się trochę zdyszeć, i trochę obetrzeć pot z czoła, ale chodzi o to w tym działaniu i tworzeniu bez zadyszki, żeby zawsze pamiętać o zmiennej życie, o przestrzeni i prawie do regeneracji, a nie żeby sprint zamieniał się po prostu w maraton, który się kończy dopiero w tym momencie, kiedy nogi odmówią nam posłuszeństwa i upadamy na twarz. Mam bardzo dużo klientek ostatnio właśnie takich, gdzie tego prawa do tego, żeby odpocząć, nie ma, dlatego że odpoczywanie jest dla luzerów, jest dla takich – wiesz jak to kurczę powiedział nasz minister – miękiszonów,o! Tak jest dla miękiszonów odpoczywanie, więc, wiesz, jak Ty tutaj prowadzisz firmę i poważnie podchodzisz do swoich zadań, to nie możesz leżeć na kanapie i czytać książki.

Jedna z moich klientek powiedziała mi coś takiego: „Nie wiem, co mam powiedzieć moim dzieciom, jak one, wiesz, patrzą na mnie i widzą, że ja siedzę na kanapie i czytam książkę. Jak ja mam im to wytłumaczyć?”. I to pokazuje też właśnie jakie mamy przekonania obrośnięte jak taki bluszcz wokół pewnych spraw, że jak ona ma wytłumaczyć dzieciom, że ona się odpoczywa, ona się regeneruje, ona potrzebuje mieć czas dla siebie. Przecież to jest w domyśle takie okropne i świadczy o tym, że ona jest, nie wiem, złą matką, złą osobą i źle prowadzi firmę i tak dalej. To jest też duża trudność, zwłaszcza dla nas babek, że my jesteśmy bardzo empatyczne dla innych ludzi zwykle, a jesteśmy okrutnie mało empatyczne dla siebie. „Czyli Ty, moja kochana przyjaciółko, jak coś Ci pójdzie nie tak, to uważaj, ja jadę do Ciebie z winkiem, z czekoladą obejrzymy komedię i zobaczysz jutro będziesz na to patrzyła innymi oczami”. Ale jak mi coś nie pójdzie, to sobie najpierw naubliżam, pokopie się po mentalnych piszczelach, sobie właśnie przypomnę, że już właśnie na tych jasełkach w siedemdziesiątym którymś albo osiemdziesiątym którymś upuściłam kukiełkę Jezuska, grając Maryję, i to był mój pierwszy fuck-up, i od tego to już po prostu falą. I jeszcze sobie powiem właśnie o sobie źle i stwierdzę: „Nigdy nic mi nie wychodzi”. Mój mózg mi poda pierdyliard przykładów, że faktycznie przypomnij sobie – a wtedy, a wtedy, a wtedy. Zdołujemy się na maksa i super. I to jest ekstra, to jest bardzo po prostu pomocne dla każdego. Bardzo potrzebujemy też pracować nad tym, żeby to prawo do odpoczynku, regeneracji sobie przyznawać, żeby stawiać granicę na linii ja-klienci, ja-domownicy i nie dawać sobie też wchodzić na głowę, bo dużo trudniej jest komuś odebrać tę możliwość, że siedzi nam na głowie, niż od samego początku mu po prostu nie pozwolić tam wejść.

EW: Ale to jest jakaś pandemia, powiem Ci, znowu z tym nie dawaniem sobie prawa do odpoczynku. Teraz mam wysyp takich po prostu klientek, że no właśnie, bo jeśli ja usiądę tylko dam sobie chwilę odpoczynku, to cały mój biznes upadnie, od razu. Te wszystkie faktury niezapłacone pozostaną niezapłacone tylko dlatego, że ja usiadłam. To jest masakra. I co ciekawe nagrałam parę odcinków temu taki właśnie odcinek o tym, jak sobie tak na szybko odpoczywać. Tak jak teraz potrzebujesz chwili relaksu, chwilę dla siebie to jest mój najmniej popularny odcinek. Nikt nie chce wiedzieć, jak odpoczywać.

JK: No widzisz, to nie jest bez przyczyny. Bo też zobaczyłam takie przekonanie, to jest kolejny ten bluszcz, że relaks to jest coś, co wymaga dużo czasu. Bo na przykład relaks to jest nie wiem pójść do kina i obejrzeć dwugodzinny film, a wcześniej trzeba do kina dojechać, z kina wrócić i tak dalej, czyli kurde, no relaks to jest wyjęte ze trzy godziny czasu. Nie? I inaczej się nie da. Albo i myślę, że też się z tym spotykasz, czyli spojrzenie na ćwiczenia oddechowe. „Proszę mi coś doradzić na obniżenie stresu i napięcia, tylko nie te durne ćwiczenia oddechowe, bo to nie działa”. I wtedy pada pytanie: „A próbowałaś?”. „No nie, ale jak mi to może pomóc, jak to się siedzi i oddycha?”. Czyli tak jakbyśmy, wiesz, odpoczywając, też musieli nie wiadomo, ile zainwestować albo nie wiadomo jak się zmęczyć odpoczywaniem, żeby to miało rezultat. I wiesz to znowu jest jakiś bluszcz narośnięty, znowu jakieś przekonania, które mamy w głowie i warto się łapać po prostu na takich momentach, kiedy taka myśl się pojawia w głowie i się zastanawiać: skąd ja to mam? jak to się znalazło w tej mojej walizce zakurzonej pod wyrkiem, kto mi to tam spakował i czy to jest moje, i czy to mi służy? A jeżeli nie, no to co ja chcę z tym zrobić?

EW: Mam taki tutaj idealnie pasujący cytat tak na podsumowanie tej rozmowy też jeszcze nie kończymy (śmiech), ale już podsumuję, który sobie pożyczyłam z Twojego podcastu, nie powiem, z którego odcinka, bo nie pamiętam, nie zapisałam sobie. Ale każdy odcinek Jadzia zaczyna jakimś fajnym cytatem, który się z nim łączy, i ja sobie zapisałam taki fajny cytat Johna Greena: „Po tym wszystkim ciągle wydaje mi się, że jedyne wyjście, to proste i szybkie wyjście, ale wybieram labirynt. Labirynt jest do bani, ale i tak go wybieram”. I to jest właśnie takie, no wydawać by się mogło, że to jest proste – zrób po swojemu. To jest proste – odpocznij sobie. Ale my i tak idziemy w kierunku tego właśnie męczeństwa, cierpienia, zadyszki? Czemu?

JK: Zobacz, że też jest ciekawy kontekst, tylko go tak przypnę pinezką, żebyśmy się może nie zapuszczały w te rejony jakoś mocno, ale kontekst religijny, w którym funkcjonujemy, też jest bardzo mocno powiązany z ideą męczeństwa, ofiarowywania siebie na pewnego rodzaju też ugruntowanych bardzo jasno i klarownie ról, które możemy pełnić czy my kobiety, czy mężczyźni w życiu społecznym i tak dalej. I to też jest bardzo cenna nitka, dla osób które są wierzące i są osobami religijnymi, praktykują, bo to są osoby które wierzą w to, w ten system przekonań, a jednocześnie jak wtedy sobie poukładać po swojemu. Co może czasami stać w opozycji do tego, co ja wyniosłam np. z domu rodzinnego, czy z dorosłości w kontekście swoich przekonań religijnych. Więc znowu dochodzimy do tego wątku konfliktów wartości i przekonań być może to właśnie tego, w co wierzymy w kontekście religijnym.

Cytat, który podałaś, on jest chyba z odcinka a samoutrudnianiu. Samoutrudnianie jest niesamowicie ciekawym zjawiskiem, bo bardzo wiele już się mówi o tym, że czasami się boimy porażki, a wciąż jeszcze na przykład mało się mówi o tym, że czasami siebie sabotujemy, bo boimy się sukcesu. Dlatego że co jak on mi się, nie daj Boże, przydarzy po tych 57 porażkach, co wtedy? Czy to już jest poziom, poniżej którego ja nie mogę już nic wykonać nigdy w życiu? Czy teraz to jest moje nowe minimum i co dalej w zasadzie, tak? Co dalej, jak ja dalej mam funkcjonować, jak będzie wyglądało moje życie? I wiele osób nie ma uświadomionego właśnie tego, że one się boją właśnie sytuacji, w której ten plan się powiedzie, ten projekt się zakończy dokładnie tak, jak miał się zakończyć, że ten sukces na koniec jest, i co wtedy? Więc bardzo często po prostu dochodzi do autosabotażu i zwykle jest to autosabotaż na poziomie nieświadomym, czyli absolutnie nie jest to naszym działaniem, powiedzmy, celowym, z którego zdajemy sobie sprawę, nie jest to nasza decyzja, powiedzmy, świadoma, a jednak robimy rzeczy podświadomie, które powodują, że finał jest jaki jest, czyli lalka na jasełkach wypadła mi z rąk i tyle. Pozamiatane, po temacie. Myślę, że to też jest warte uwagi, żeby się sobie poprzyglądać, gdzie tak naprawdę jest mój strach, czy nie jest przypadkiem tak, że ja się boję tego, co sukces może dla mnie oznaczać w dalszej perspektywie.

EW: Myślę, że niektórzy jak sobie słuchają, pomyślą: „No jak to, no bać się sukcesu, to nie po to to wszystko robię?”. No ale tak, to jest to jest ciężki problem i myślę, że dość ciężko go wychwycić, tak odkryć, że ja się boję tego, co potem. Czy ja się zmienię, czy może będę musiał/musiała zmienić towarzystwo, czy może w ogóle to całe moje życie wywróci do góry nogami? Więc to jest takie do refleksji, czy ja przypadkiem się nie boję swojego sukcesu.

I tak na koniec, Jadziu, chciałam Cię zapytać. Myślę, że będzie to pewną klamrą tak na koniec. Robisz takie fajne badania swoim klientom – można sobie u Ciebie zrobić badanie odporności psychicznej. To jest taki dość nośny temat powiedziałabym ostatnio, ale wciąż tajemniczy, nieznany. Powiedz tutaj nam, odkrywcom, czym jest ta odporność psychiczna i jak to się ma na przykład właśnie do sukcesu w biznesie.

JK: Tak, rzeczywiście jestem osobą certyfikowaną w narzędziu MTQ48, czyli Mental Toughness Questionare. Sama idea odporności psychicznej wzięła się z badań z udziałem sportowców, bo zastanawiano się, jak to jest, że niby takie same np. predyspozycje mają ludzie fizycznie, w tych samych warunkach trenowali, w tej samej drużynie, wyporność organizmu bardzo podobna. Jak to jest, że jeden zdobyła złoty medal, a drugi plasuje się w prostu na końcu stawki. No i okazało się, że jest pewna plastyczna (tak przynajmniej uważana za plastyczną) cecha osobowości tak jest zdefiniowana odporność psychiczna, która w dużej mierze determinuje właśnie to, w jaki sposób my podchodzimy do wyzwań, jak reagujemy na zmiany, które nie wynikają z naszych decyzji, jak wygląda nasza pewność siebie rozumiana jako poczucie, że ja jestem świetnym sportowcem czy świetną ekspertką, jak ja widzę siebie właśnie w relacjach inteprersonalnych, czy ja, widząc siebie np. na tle drużyny sportowej, czy jak widzę siebie jako element tej drużyny, czy jakiegoś konkretnego outsidera, który po prostu sam sobie gra i tyle, a tutaj są jacyś dziwni ludzie i nie wiem, co oni robią. Jak również poczucie wpływu, czyli na ile ja czuję, że jestem osobą decyzyjną w swoim życiu, na ile też jestem w stanie komunikować ze swoimi emocjami. I właśnie takie cztery filary odporności psychicznej, które bada ten kwestionariuszem MTQ48, to jest 4C oczywiście nazewnictwo angielskie, ale to jest kontrola, czyli control, commitment – zaangażowanie, wyzwanie, czyli challenge i confidence – pewność siebie. Takie 4 obszary bada kwestionariusz, czyli poczucie wpływu, wyzwania, zaangażowanie i pewność siebie, bo może być na przykład tak, że podejmujemy się chętnie nowych wyzwań, bo lubimy adrenalinę, ale z zaangażowaniem w realizację wyzwań, już jest na przykład gorzej. Każdy z nas ma jakiś poziom odporności psychicznej i to też raport z badania pokazuje i nie zawsze tak naprawdę dążymy do tych górnych rejestrów w skali, bo skala jest do 10. Wiele osób jak do mnie przychodzi nam omówienie kwestionariusza i ja mówię np.: „No tu, w tym obszarze 4 na 10 jest”. No i jest: „Czemu tak mało?” A dziesiątki nie zawsze są dobre, bo na przykład w obszarze pewności siebie 10 to jest osoba bardzo autorytarna, osoba, która jest mało empatyczna, która zobaczy, że leżysz na ziemi i powie: „O kurde, muszę go ominąć” i po prostu przejdzie obok i nie będzie taka osoba się zastanawiała, co Ty robisz na ziemi. Zatem nie zawsze te górne rejestry są tymi, do których dążymy. Natomiast narzędzie jest o tyle fajne, że pokazuje ten poziom, z którego startujemy, obszary, nad którym warto było popracować, i daje też sugestie do rozwoju tych obszarów. Myślę, że we freelance, w działaniu na swoim to jest narzędzie bardzo potrzebne i zwłaszcza teraz bardzo użyteczne w tej naszej rzeczywistości, gdzie zmienna życie wielu osobom pokrzyżowała plany w zeszłym roku, żeby siebie też odbudować w tej odporności psychicznej i wzmocnić te obszary, które potrzebujemy, aby rzeczywiście po swojemu iść do przodu.

EW: To słowo jest takie fajne uspokajające, że to jest plastyczne, więc jeśli chcemy to poszczególne obszary możemy wzmacniać.

JK: Dokładnie.

EW: Fajnie, super. No to słuchajcie, idźcie do Jadzi, bo to brzmi super, fajnie to wiedzieć, fajnie nad tym pracować. Myślę, że jeśli tutaj sobie rozmawiamy właśnie o tej pracy po swojemu, o tym, co jest dla ciebie ważne, to takie poznawanie siebie przez różne tego typu badania, to jest też takim ogromnym elementem tej samoświadomości, którą trzeba utrzymywać i która też pozwoli wytrwać w tym swoim byciu i działaniu po swojemu. Więc idziemy do Jadzi i Jadziu, gdzie Ciebie można znaleźć?

JK: (śmiech) Mnie można znaleźć w internecie. To jest ten moment, nie? Grupa docelowa: kobiety, mężczyźni i dzieci z całego świata. Więc to jest to samo – gdzie można Cię znaleźć? W internecie. To ta sama akcja. Zapraszam najchętniej to na Instagram, ponieważ tam rzeczywiście staram się budować relacje i można ze mną wchodzić w interakcje, więc na Instagramie znajdziecie mnie jako jadwiga_laboratoriumzmieniacza, na Facebooku znajdziecie mnie jako Jadwiga Korzeniewska – Laboratorium Zmieniacza, no i oczywiście zapraszam na stronę internetową laboratorium-zmieniacza.pl Tam można też znaleźć odnośnik do podcastu Bez zadyszki, czyli podcastu o dobrej motywacji, można też się zapisać na newsletter Pisany ze swadą i tyle.

EW: Newsletter jest super. Koniecznie. Wszystko podlinkuję do Ciebie, Jadzia. Zapiszcie się na newsletter, co jest fajne w nim, to takie cytaty od Jadwisi Coehlo, zawsze jakaś taka mądrość z nim wynika, są też towary spod lady, ale już więcej nie zdarzam, idźcie się zapisać. Dobra, Jadzia, super. Dużo więcej czasu niż zaplanowałam, ale to nie przeszkadza, bo chciałam jak najbardziej wartościowo, żeby było dla słuchaczy i mam nadzieję, że jest. Dawajcie znać, możecie nam zostawiać wiadomości na Instagramie czy gdzie nas znajdziecie w internecie. Pod tym odcinkiem na mojej stronie można zostawiać komentarz, napiszcie, co sądzicie, co bierzecie dla siebie, a ja Tobie, Jadziu, ogromnie dziękuję i gratuluję bycia pierwszą gościnią mojego podcastu – uhu, fanfary – i było super.

JK: Bardzo Ci dziękuję, Emilka, za zaproszenie. Powiem, że jak napisałaś, że mam być pierwszą gościnią w Twoim podcaście, to naprawdę poczułam się jakby mi ktoś Werther’s Original przyniósł, jak ktoś taki mega-wyjątkowy i bardzo mnie tym wzruszyłaś i ujęłaś. Dziękuję również. I mam nadzieję do zobaczenia wkrótce.

Mam takie przekonanie, że Jadzia jest moją zagubioną siostrą. Przez cały wywiad kiwałam głową, zgadzając się z każdym słowem. Mam nadzieję, że zainspirowałyśmy Cię do szukania swojej drogi w prowadzeniu biznesu, a przynajmniej do tego, by nie kalkować rozwiązań innych osób, tylko by pytać siebie : czy to jest moje?

Notatki do podcastu, w tym linki do znalezienia Jadzi w internecie i transkrypcję znajdziesz na mojej stronie emiliawojciechowska.com/10. Do usłyszenia w kolejnym odcinku!