Oglądając sukcesy i idealne życie innych w social mediach często myślimy “Ja też tak chcę” – ale zazwyczaj nie widzimy, co dzieje się za kulisami. Ile upadków było po drodze? Z czego musieli zrezygnować? Jakie kryzysy w życiu osobistym pokonać? Tymczasem sukces kosztuje – ile? O tym opowie moja dzisiejsza gościni.


Notatki do odcinka


Spodobało się? Pomogłam Ci?
Postaw mi kawę, bym mogła tworzyć więcej treści! 🙂
Wypiję za Twoje zdrowie 🙂


Transkrypcja – podcast do czytania

Cześć, z tej strony Emilia Wojciechowska. Jestem coachem i trenerką mentalną i prowadzę dla Ciebie podcast „Niezarobiona jestem”, w którym uczę, jak osiągać więcej, stresując się mniej.

Odcinek 25: Cena sukcesu – rozmowa z Agnieszką Gaczkowską

Oglądając sukcesy i idealne życie innych w social mediach, często myślimy „Ja też tak chcę” – ale zazwyczaj nie widzimy, co dzieje się za kulisami. Ile upadków było po drodze? Z czego musieli zrezygnować? Jakie kryzysy w życiu osobistym pokonać? Tymczasem sukces kosztuje – ile? O tym opowie moja dzisiejsza gościni.

W dzisiejszym odcinku goszczę Agnieszkę Gaczkowską. Agnieszka Gaczkowska – architekt ze słabością do rękodzieła. Założycielka Oplotki.pl – ekosystemu wzrostu dla fanów i twórców rękodzieła. Wraz z wieloosobowym zespołem uczy różnych technik rękodzieła podczas kursów i warsztatów on-line dla osób indywidualnych oraz korporacji. Prywatnie fanka snowboardingu i mama trójki urwisów oraz autorka książki Oplotki. Sukces handmade. Zapalona podcasterka i współtwórczyni www.najlepszepolskiepodcasty.pl. Wierzy w moc rozmowy i niespiesznego spotkania przy rękodziele, które ma potencjał, by łączyć ponad podziałami. Jej podcast OPLOTKI trafił na listę polecanych przez Forbes Women Polska.

Zapraszam do wysłuchania naszej rozmowy.

Emilia Wojciechowska: Cześć Agnieszko, witam Cię bardzo serdecznie i ogromnie dziękuję Ci za przyjęcie zaproszenia do podcastu. 

Agnieszka Gaczkowska: To ja bardzo się cieszę! Słuchaj, pamiętaj, że jestem gaduła, więc będziesz musiała mnie pilnować, żebym się nie rozgadała! Cieszę się, że jestem u Ciebie, hej!

EW: Będę, będę pilnować, ale nie tak mocno, bo jak tutaj chwilę rozmawiałyśmy przed naszą rozmową, najfajniejsze czasem właśnie słowa, zdania wypowiadane są, gdy ten temat się tak potoczy sam, bez pilnowania. Więc trochę to wyważę. Agnieszko, mam taką tradycję w podcaście, że przed rozmową czy przed moim takim solo-gadaniem zapraszam słuchaczy do wzięcia jednego głębokiego oddechu, po to, żeby się lepiej skoncentrować, żeby się przez chwilę zrelaksować, także i Ciebie tutaj zapraszam, żebyśmy wspólnie sobie odetchnęły. Tak że głęboki wdech i długi wydech. Dzięki piękne i mam nadzieję, że teraz tak na spokojnie wejdziemy w tematy, bo nie będą to tematy najprzyjemniejsze, najmilsze, ale myślę, że bardzo ważne dla moich słuchaczy, którymi przede wszystkim są osoby prowadzące własny biznes. No i często mające o tym biznesie różnorakie wyobrażenia, więc chciałabym pogadać o tym, jak to wygląda naprawdę i czego się tak naprawdę spodziewać, gdy ten biznes się rozwija.

Na początek Agnieszko, oczywiście przedstawiłam Cię na początku, ale chciałabym, żebyś przedstawiła tak pokrótce historię swojej marki Oplotki. W ogóle to ja generalnie znałam Cię głównie przede wszystkim z różnych grup biznesowych, gdzie przedstawiałaś różne oferty Twojej mentorki Sigrun, świetna babeczka, a same te Oplotki jako takie to gdzieś tam dość późno na nie natrafiłam i połączyłam je z Tobą, a w ogóle o tym, że to jest O-plotki, że są te „plotki”, to się zorientowałam, czytając książkę, o książce sobie za chwilę powiemy, ale to było dla mnie takie: Aha! to o to chodzi, to nie tylko że oplatanie! (śmiech)

AG: Wiesz, ja chyba opowiem to od takiej strony bardzo osobistej, bo mam wrażenie, że w biznesie rzadko kiedy dajemy sobie pozwolenie, żeby tak być tak cali, tak holistycznie. Coraz szerszy jest ten trend i myślę, że w kobiecych biznesach go obserwujemy bardzo mocno, ale u mnie rzeczywiście ten biznes, który jest teraz, to jest taki biznes, który ewoluował poprzez pryzmat różnych biznesów, które prowadziłam w życiu. Jestem generalnie córką dwóch przedsiębiorców, więc wyssałam – się śmieję – z mlekiem matki takie, wiesz, podejście do biznesu jakby no nie widzę siebie na etacie, tak. Od początku byłam tak chyba zaprogramowana, że te wiesz i sinusoidy, wzloty i upadki przedsiębiorcy to jest jakby dla mnie chleb powszedni i lubię to, spełniam się w tym i takie tempo życia troszeczkę mnie kręci.

Moje zaplecze to jest gdzieś tam mała miejscowość, z której się wyrwałam na studia, marzyłam zawsze architekturze. Już tam od dziecka robiłam jakieś domki dla lalek i tak dalej. To było moje takie marzenie, ale że z małej miejscowości, rodziców po prostu nie było stać, żebym się uczyła rysunku. Ja się po prostu wyrwałam na studia do Poznania na filologię angielską, bo to było coś, na co po prostu łatwo było mi się dostać. Na architekturę to tam trzeba było uczyć rysunku, trzeba było dojeżdżać, po prostu nie było na to środków. Ale to tylko pokazuje to myślenie przedsiębiorcy już jako dzieciaka. No poszłam strategicznie na filologię, trzy lata tam odbębniłam, żebym mogła już zarabiać na jakichś korepetycjach i po prostu sama uczyłam się rysunku, zdałam ten egzamin na architekturę, dostałam się, więc można się domyślać, ja się wybalowałam na tych pierwszych trzech latach filologii, mój rocznik architektury zaczynał balować, a ja już strategicznie biegałam z CV-kami, bo to było takie moje spełnienie, wiesz, takiego planu, takiego masterplanu dzieciaka, który marzy o konkretnym zawodzie.

I rzeczywiście szybko zaczęłam pracować w zawodzie, praktyki w różnych biurach, oczywiście będąc studentką, ja już byłam mężatką na trzecim roku, bo tak no też byłam trochę starsza rocznikowo, więc też tak trochę niestandardowo, kiedy się dostałam na Socratesa, dostałam się na wymarzoną uczelnię, bo oczywiście wygrałam jakieś olimpiady językowe, no nie dziwota po filologii, więc miałam furtkę do wszystkich uczelni. Ja wybrałam Berlin. Dlaczego? Bo najbliżej do Poznania. (śmiech) Bo mężatka, więc wiecie, wizja mojego męża, że ja tam będę balować na jakiś socratesowych imprezach… Znaczy mówię o tym, dlatego żeby opowiedzieć Wam, że jakby skąd tu teraz jakieś Oplotki i uczenie szydełkowania, tak? Rzeczywiście, ja zaczęłam pracę w architekturze, spełniło się takie moje marzenie, długa, kręta, wyboista droga zaprowadziła mnie do jego spełnienia i rzeczywiście w momencie, kiedy już tam nie wiem był czwarty rok, piąty rok, mój mąż już tam drogowiec budował autostrady na Euro 2012, ja się broniłam pierwsza na roku, bo szybko chciałam do niego do Warszawy z tego Poznania, tak, bo on do tego Berlina do mnie jeździł.

Cały czas jakieś takie myślenie przedsiębiorcze, że no nie ma rzeczy niemożliwych. Jak się chce, to wszystko się da. Kiedy się obroniłam, od razu do biura, też w Warszawie. Tam chyba tylko rok czy półtora pracowałam u kogoś, ale bardzo szybko założyłam swoje biuro i po dekadzie pracy w architekturze, gdzie od samego początku było to spełnienie marzenia o własnej firmie, przewodzeniu ludziom, dogadywanie się z klientami i właśnie tej przedsiębiorczej sinusoidzie, zapragnęliśmy mieć dzieci. No i tu chyba to nie jestem bardzo oryginalna w tych przedsiębiorczych, wiecie, naszych podróżach, że dotarło do mnie, że chyba trudno jest robić karierę i biegać w tych obcasach przysłowiowych po budowie i udowadniać wszystkim panom, że jestem równie kompetentna jak nie bardziej, żeby być w tym zawodzie i tutaj odnosić sukcesy i jednocześnie być mamą.

No przy pierwszym dziecku jeszcze próbowałam zaginać rzeczywistość, ale kiedy pojawia się dwójka – no to tak zaczyna się też ta moja książka. Był taki moment, kiedy o 5:00 rano wstawałam, pakowałam dziecko do samochodu, żeby zawieźć do mamy, bo oczywiście żadna niania, żadna pomoc itd., jechałam później do klienta na budowę, cały dzień tam, wracałam wybombana jak paczka gwoździ po prostu bez łebków, zgarniałam to moje dziecko od mamy wsiadałam w samochód, żeby dojechać do Poznania i położyć się spać. I tam miałam taki epizod, że prawie że roztrzaskałam się na masce tira, to okazało się, że to zaśnięcie ta kierownicą, to nie był przypadek, ja już byłam wtedy w drugiej ciąży, wtedy jeszcze po prostu nie wiedziałam tego, no ale to były te wszystkie takie objawy pierwszego trymestru.

I to był dla mnie taki wake up call, który mi powiedział: kurczę, no jesteś przedsiębiorczynią, ale skoro widzisz, że Twoja rzeczywistość zmieniła się i chcesz być jednocześnie mamą, taką właśnie mamą, która jest przy tych dzieciach, a nie tam podrzuca je gdzieś i wiecznie nie ma czasu, no to trzeba coś zmienić, trzeba wybrać. I to był taki dla mnie moment pauzy. Myślę, że jako przedsiębiorcy wszyscy mamy takie zwrotne momenty w naszej działalności, w moim przypadku, myślę też bardzo to nie było oryginalne, to był właśnie ten moment pauzy macierzyńskiej. A do mnie szybko dotarło, że będąc tylko mamą w domu i tu nie, że wiecie, że to jest źle, ale jakby będąc tylko w domu, nie zajmując się tym biznesem – delegowałam zadania znajomym po fachu, też kolegom, koleżankom architektom, cieszę się, że mam takie grono wokół siebie – ja jednak umierałam.

I ta moja przedsiębiorcza dusza ona po prostu więdła, siedząc tylko w domu. No i odbijało się to na tym życiu rodzinnym. Z jednej strony byłam szczęśliwa, miałam masę czasu dla dzieci. Z drugiej strony stawałam się tą mamą helikopterem, która tam, wiecie, przestawia klocek, bo jest nieidealny, tam super idealny kolor śpioszków… No bo gdzieś kanalizowałam tę swoją kreatywność i złapałam się w takim momencie, że z jednej strony tęskniłam za przedsiębiorczością, a z drugiej strony – po raz pierwszy w życiu pozwoliłam sobie tak troszeczkę pokierować się taką intuicją i wróciłam do wszystkiego, co tak naprawdę na architekturę mnie zaprowadziło, czyli szydełkowanie, rzeźba, malarstwo, druty, jakieś szycie, urządzałam na potęgę nasz dom, więc tam mąż się śmiał, że wszędzie tu jakiś dziergany dywanik, wiecie, ręczne wtedy itd. I wtedy tak bardzo naturalnie, nie planowane w ogóle jako biznes zaczęły się warsztaty rękodzieła.

Kiedy ja siedziałam w domu z dziećmi, bardzo potrzebowałam pogadać z moimi kumpelami, kumplami z architektury, co tam w trawie piszczy, wiecie, w zawodzie, w biurach itd., posłuchać ploteczek, co tam na poznańskim rynku architektury. Spotykaliśmy się na takim gruncie, gdzie właśnie te osoby przychodziły do mnie mówiły, że o rety, ale Ty tu super, taki pled, kurczę, wełniany, no przecież takie za 3 koła, dawaj, naucz mnie, jak to zrobić. Ja z drugiej strony – potrzeba, żeby pogadać, no to dobra. Spotykaliśmy się, dziergaliśmy. Dla mnie to była taka odskocznia trochę od tego macierzyństwa i takie poczucie, że jedną nogą jeszcze tam trochę jestem zawodowo aktywna, chociaż wiadomo trochę było to takie oszukiwanie samej siebie, ale okazało się, że zapotrzebowanie na te warsztaty było coraz większe i większe.

No i przyszedł taki zwrotny moment, kiedy to mój mąż wkroczył do salonu, bo wiecie on po pracy, on akurat typowy korpolud, przychodził po tych ośmiu czy dziesięciu godzinach w tej koszuli, tak. A tu kurczę koleżanki przy winku, dzieci w pokoiku i on wchodził do domu, zamiast wskoczyć w dres, no to do drugiego pokoju z dzieciakami i tam cicho, cicho, bo mama prowadzi warsztaty szydełkowania. No i on pewnego dnia wkroczył mówi: Kurczę, wiecie co? No jak raz miesiącu, to jeszcze zdzierżę, no ale dwa razy w tygodniu, trzy razy w tygodniu, to już zaczyna nam wchodzić na głowę. No i Jacek mówi: No kurczę, przecież jesteśmy w centrum Poznania. No po to mieszkamy w wielkim mieście, no weźcie to wszystko do jakiejś knajpki.

I tak się zaczęły te Oplotki. Dlatego nazwałam to Oplotki, bo to były właśnie takie plotki przy oplataniu nieformalne rozmowy takie właśnie gdzieś tam dmuchanie sobie w skrzydła. I kiedy to się zaczynało, w ogóle nie miałam jakby takiego myślenia, że hej, może to być biznes. To było z takiej czystej potrzeby po prostu swojego serducha, ale też tej potrzeby po drugiej stronie takiego właśnie stworzenia wspólnego gruntu, żeby po prostu spotkać się pogadać. Podejrzewam, że to też przyszedł ten czas w życiu, że browar na Starym to już nie do końca bawi, nie, imprezy jakieś tam na mieście, no w pewnym etapie życia mamy już to za sobą i odkryłam, że po drugiej stronie jest coraz więcej osób, które tego potrzebują. No jak zaczynało się od znajomych, no to było to takie oczywiste, ale później przychodziły koleżanki koleżanek, koledzy koleżanek, koleżanek koleżanek. 

De facto obce osoby przychodziły i w pewnym momencie też zaczęłam pobierać za to opłaty, no bo wiadomo, jak zapewniałam szydełka, sznurki, pakowałam to w coraz piękniejsze kartoniki i kiedy to było już takie, że osoby, których nie znałam, no to zrobiłam wydarzenie na Facebooku, to zaczynało już mieć takie znamiona właśnie regularnej działalności. No i wtedy właściwie przyszedł do mnie taki pomysł: Kurczę, mogłoby coś z tego być. Może to jest sposób, żebym nie musiała jeszcze wracać do tej architektury przez duże A, tak troszeczkę bawić się w ten biznes. A, dajmy sobie szansę. No i okazało się, że to bardzo chwyciło, to jeszcze były te 4, 5, 6 lat temu, to jeszcze nie było takiej tej mody na handmade, jeszcze tych networkingowych spotkań też nie było tak dużo, więc mam wrażenie, że wstrzeliłam się w taką niszę właśnie tego kameralnego networkingu.

Przychodziły osoby z różnych takich półek zawodowych, z różnych takich punktów życiowych, bo ja tutaj mama, na macierzyńskim, a tu jakaś pani CEO z wielkiej firmy, która po prostu chcę pogadać, wiecie, o tym, co tam na obiad gotowała, bo nie musi tej pozy przyjmować. Z drugiej strony kobiety, które dopiero zaczynały swoje biznesy, jakieś księgowe, które strony doradzały: zakładaj, zakładaj, to wcale nie takie trudne. I kiedy do mnie dotarło, że tworzę jakąś taką przestrzeń, której wartość bardzo ciężko jest nawet wyrazić w pieniądzu, to gdzieś zagrało na takiej nucie we mnie z jednej strony tej przedsiębiorczyni, która mówi: kurczę, tu jest złoto, tylko jeszcze nie wiem, co. Coś tu jest, trzeba kopać. Ale z drugiej strony też takiej osoby, która wiecznie była w tym świecie bardzo męskim i wiecznie musiała udowadniać wszystkim, że no trochę tak jest w tej architekturze, że kobiety to tak musimy być podwójne kompetentne, bo ktoś tam zawsze pan Zenek na budowie nam, nie wiem, dmuchnie fajką w twarz i powie, że się nie znamy, co tu taka siksa będzie mi tłumaczyć. 

I zagrała we mnie jakaś taka nuta, że, kurczę, ja pierwszy raz w życiu nie muszę nikomu nic udowadniać, ja tu siedzę i po prostu uczę szydełkowania, jest po prostu fajnie. I zaczęłam sięgać po te wszystkie narzędzia, które mam w sobie, ale ich nigdy nie aktywowałam w życiu zawodowym, czyli po prostu jakaś taka łatwość rozmowy z ludźmi, w ogóle taka miłość do ludzi. Uwielbiam, siedzieć, plotkować, gadać. Lubię też być w takim dosyć kobiecym otoczeniu, gdzie właśnie jest dużo takiej wrażliwości, dużo takiego nastawienia na budowanie, nie udawanie, tylko właśnie takie łączenie się, nie wiem, może taką empatię. I po raz pierwszy poczułam, że ja nie muszę być tą panią na obcasach, w dobrym makijażu, która wszystko wie najlepiej, tylko po prostu mogę tworzyć przestrzeń, gdzie jest ta kolektywna mądrość, no nie czarujmy się, kobieca, choć panowie też na warsztaty przychodzą. 

EW: I nazywasz to darcie pierza 2.0.

AG: Dokładnie tak. (śmiech) Okazało się, że w dzisiejszych czasach, my tego potrzebujemy. Trochę mamy mało takiego czasu na takie właśnie zwykłe proste rozmowy, a kiedy dodajemy do tego warstwę rękodzieła, czyli na przykład przychodzimy na warsztat nauczyć się pufkę, no bo tam do dziecięcego trzeba by na podłogę coś rzucić, żeby te dzieci na zimnym nie siedziały, to dajemy sobie pozwolenie na to, żeby posiedzieć i te 2-3 godzinki poplotkować. No i zaczęło się od warsztatów w knajpkach. Wszyscy wiemy, co później było, pandemia, tak, więc w moim przypadku bardzo fajnie, że dużo wcześniej zaczęłam myśleć, że: Hej, to jest nieskalowalne, mojego czasu kiedyś w końcu braknie, skalowałam to w jednym kierunku, zatrudniając kolejne osoby znające różne techniki rękodzieła. Więc Oplotki to już nie było tylko moje szydełkowanie, ale tam haft, druty itd., itd. Więc jakby w ten sposób, ale to ciągle było stacjonarnie i bardzo mało skalowalne, bo jednak kameralne spotkania maksymalnie dla 4-5 osób.

Ja dołożyłam do tego jeszcze ten filar online i tutaj ta Sigrun, o której wspomniałaś, moja mentorka biznesowa, to jest osoba, która uczyła mnie, zresztą do dzisiaj uczy biznesu online, czyli po prostu pokazała mi narzędzia jak te warsztaty rękodzieła, które wydawać by się mogło – wtedy to brzmiało jak herezja – ale ona mi pokazała, jak można to trochę tak zawlec do tego onlajnu, gdzie działa oczywiście dźwignia, większa skala i też te pieniądze są zupełnie inne. No i dzięki temu to zaczęło nabierać znamion takiego prawdziwego biznesu. Na początku wiadomo, wystawianie faktury na usługę architektury, na którą mam szufladę dyplomów, zero problemów, ale kiedy zaczęły pojawiać się pieniądze, coraz większe pieniądze właśnie z uczenia szydełkowania, jak to mój mąż się śmieje: po to studia w Berlinie, żeby teraz szydełkowania uczyć, pani inżynier… No ale jak zaczęły się pojawiać te poważne pieniądze płacące rachunki, kredyty i całą resztę, no to rzeczywiście ja sama zrozumiałam, że jest tutaj niesamowity potencjał, że da się robić biznes, który jest oparty na jakichś wartościach, które gdzieś w środku mi grają, da się to oprzeć na takim poczuciu misji trochę, no i właśnie w tym zadaniu tworzenia tej przestrzeni do rozmowy.

A wiem, że jest to bliskie, bo Ty też pracujesz z tym mindsetem, z tą głową, z tym jak bardzo czasami ta praca taka nie fizyczna, taka nie nienamacalna, nie ciężka, jak ktoś mówi, tylko mądra praca potrafi nas bardzo mocno ukierunkować na sukces. I kiedy odkryłam ten aspekt w tych naszych warsztatach rękodzieła, gdzie oczywiście jest ta warstwa uczenia jakiegoś rękodzieła, chilloutu, takiego mindjoga, takiego odprężania się, kiedy zobaczyłam jak z pandemii po prostu w czasach, kiedy zamknęliśmy się w tych home office’ach i w ogóle w tych home i dostaliśmy fioła z własną rodziną, sama jestem tym dowodem, że to działa, jak bardzo takie właśnie te wyjścia on-line’owe pod pretekstem właśnie jakiegoś warsztatu, zrobienia jakieś makramowej ścianki dają nam taki właśnie oddech psychiczny, ten mentalny trening i że możemy to robić świadomie, sięgać po te narzędzia świadomie. Zaczęły mi się w głowie też otwierać klapki, jak wiele jeszcze innych dróg, których wcześniej nie eksplorowałam tak biznesowo w Oplotki, przed nami się otwiera. No tu jedną z nich są choćby te mastermindy biznesowe, które prowadzę.

Na przestrzeni lat, kiedy rozwijałam markę Oplotki, w której oczywiście chodzi o tworzenie przestrzeni rozmowy przy pretekście rękodzieła, zauważyłam jak wiele ja musiałam się nauczyć jako liderka, jako właścicielka firmy, jako osoba, która zatrudnia kolejna osoby, kieruje jakąś coraz większą organizacją, tworzy kulturę organizacji. Zauważyłam, że to też jest coś, czym mogę się dzielić. I znowu w formacie przyjaznej rozmowy, którą teraz nazywamy po prostu biznesowym mastermindem. Więc po tym przydługawym wstępie już tak jakby wiadomo o co chodzi, że nie chodzi tylko o szydełkowanie, tak. 

EW: Tak, tak. Przydługim, ale wciąż krótko tę historię o powiedziałaś sensie takim, że jeśli ktoś chce poznać więcej szczegółów, to ja bardzo, bardzo polecam właśnie swoją książkę Oplotki. Sukces handmade, gdzie opisujesz tę historię powstania Oplotek od takiej bardzo osobistej strony, właśnie zaczynasz tym niemalże wypadkiem samochodowym. Mną to wstrząsnęło, prostu takie coś na samym początku. Ja bardzo, bardzo byłam zachwycona tym właśnie, że ktoś w końcu tak po prostu nie dość, że odsłonił miękki brzuszek, to jeszcze w te wszystkie brudy tworzenia biznesu na wierzch. Skąd w ogóle, Agnieszko, pomysł na opisanie tego w książce?

AG: Wiesz, dziękuję Ci. To jest największy komplement, bo właśnie taki był zamysł tej książki, dotarło do mnie, że ja sama się inspiruję, nałogowo czytam biografie, inspirują mnie ludzie, którzy jakby chcą w życiu trochę więcej, chcą zrobić coś dla innych; gdzieś to uderza w jakieś takie głębokie wartości. Miałam poczucie, że im więcej czytam, tym bardziej ciągle szukam pozycji i ciągle nie znajduje pozycji, w której te właśnie osoby mówią o tym czasie, zanim pojawił się ten wielki sukces. To nie to, że ja sobie roszczę prawo, że tutaj czeka nas wielki spektakularny sukces Oplotkowy, chociaż taki jest plan, do tego dążę, ale bardzo, bardzo chciałam napisać książkę, która upamiętnia ten moment, gdzie 90 parę procent osób się wykłada. Wszyscy znamy te statystyki – teraz nie przytoczę dokładnych – ale wiemy, że bardzo, bardzo wiele gigantyczna większość działalności wykłada się na tym pierwszym roku swojej działalności, drugim roku swojej działalności, zanim przekroczą barierę tych 4-5 lat, gdzie zaczyna już być troszeczkę łatwiej, mamy jakieś procedury, zaczynamy zatrudniać ludzi, mamy ludzi do pomocy albo po prostu mamy już jakąś ugruntowaną pozycję na rynku. Rodzi się bardzo wiele biznesów, zwłaszcza tych kobiecych, w tym okresie około macierzyńskim, i jednocześnie bardzo wiele z nich ginie.

I zadałam sobie pytanie, co też ja takiego musiałam odkryć czy zrobić, czy co tam się zadziało, że nie chcę teraz świadomie użyć słowa „udało mi się”, ale że ja tutaj jestem, a tak wiele firm po drodze klapnęło. No i im dłużej myślałam i tak drapałam, drapałam pod tą powierzchnią, tym bardziej docierało do mnie, że tak naprawdę biznes to już nie jest tylko biznes i życie prywatne i to work life balance słynne, tylko my jesteśmy tak bardzo holistyczne zwłaszcza jako kobiety, zwłaszcza z tymi wszystkimi kalkami społecznymi, że to trochę na nas jeszcze ciągle, chociaż to się fajnie zmienia, ale ciągle jeszcze trochę na nas ciąży ten ciężar dzieci i odpowiedzialności itd. Jak bardzo my potrzebujemy znaleźć taką przestrzeń, gdzie możemy sobie stworzyć warunki do tego, żeby w ogóle tworzyć biznes. I do mnie dotarło, że oczywiście mogłabym opowiadać, kiedy jestem na poważnych konferencjach i tam jest dużo panów, no to opowiadam jak zatrudnienie pierwszej asysty wirtualnej pomogło w moim biznesie i jak to się przekłada na te wszystkie cyferki i tutaj, że to była poważna inwestycja. Ale kiedy jestem w gronie kobiet, zauważyłam, że tak naprawdę co najbardziej pomaga, powiedzenie, że hej, ja w końcu przestałam 4 razy dziennie myć podłogę, ktoś mi zaczął robić to za mnie albo usiadłam i przenegocjowałam z moim mężem, jak będzie funkcjonować nasze ognisko domowe, bo po prostu nie da się rozdwoić.

No i ciężko być przedsiębiorczynią, która robi coraz większe obroty i jednocześnie drugą ręką gotować zupę, a trzecią ręką usypiać dziecko, a teraz jak jest chory to za każdym razem siedzieć. I cały czas mi brakowało takiej pozycji na rynku, która by powiedziała: No dobra, ale jak? Mogłabym tupać nóżką powiedzieć: dobra, nie pasuje mi, rozwodzimy się nara. Ja jednak no kurczę, miałam to szczęście poznałam mojego męża jako dzieciak, to jest moja pierwsza platoniczna miłość i trochę sobie nie wyobrażałam nigdy życia bez niego. No to naturalną drogą było: Kurczę, jakby tu sobie to poukładać inaczej, żeby z jednej strony dać sobie przestrzeń na ten rozwój zawodowy, dać sobie ten czas. Ale z drugiej strony nie rozpaść się jako związek, no i też trzeciej strony – jak sobie ten biznes poukładać, żeby też jednak on służył temu życiu prywatnemu, a nie odbywał się jego kosztem. No i z tego wszystkiego wyszła mi ta opowieść tych pierwszych formatywnych lat Oplotki, kiedy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to zmiany takie właśnie te mindsetowe, zmiany w głowie, te zmiany prywatne, zmiany podejścia do pewnych rzeczy, to one zadecydowały, że odniosłam sukces w biznesie. I to była ta wartość, którą w taki też fajny, taki szczery sposób, jak to na tym placu zabaw, jak wyglądała ta rozmowa i co ja mu powiedziałam, a co on mi powiedział i jak sobie to po układaliśmy na nowo. Żeby móc pokazać, że to się da zrobić, ale trzeba w pewnych momentach tak sama przed tobą się przyznać, że:

  • hej nie masz tego wszystkiego wymyślonego,
  • hej, warto sięgnąć po pomoc,
  • hej, może warto się przyznać w ogóle, że nie wiesz.

A to nam bardzo ciężko przychodzi jako przedsiębiorcom, więc mam poczucie, że właśnie jak to powiedziałaś to odsłonięcie takiego miękkiego brzuszka teraz, kiedy jeszcze bardzo dobrze pamiętam ten początek, kiedy właśnie zaczynają się takie pierwsze sukcesy, właśnie ta mowa TEDx-owa, przemówienia, już wizyty w TVN-ie, tak. Takie rzeczy, które wydawały mi się totalnie niedostępne, dla takich innych i nadludzi, kiedy to się wszystko dzieje, ja bardzo, bardzo chcę jakby tak opowiedzieć o tym, co doprowadziło do tego punktu, bo to nie jest tak że my się stajemy kimś innym, żeby tam być dalej, więcej osiągać. To tak naprawdę zauważenie siebie takim, jakim jestem, i teraz co mogę z tym zrobić dalej, jakie podjąć decyzje, sprawia, że nam się udaje. I mam poczucie, że to była taka główna motywacja, żeby napisać tę książkę. Dziękuję, że tak o niej powiedziałaś, bo mam poczucie, że to jest właśnie dokładnie ta intencja, która za nią stała.

EW: Super, super. Bardzo dobrze mi się ją czytało, w ogóle też jest pięknie wydana, no tak jest po prostu taką ucztą też wizualną przy okazji.

AG: Dziękuję.

EW: Właśnie dużo mówisz o tym, że myślałaś właśnie, jak ten biznes poukładać sobie, żeby dopasować do swojego życia. Nawet w swoim podcaście pod koniec 2021 nagrałaś taki podcast podsumowujący rok, który właśnie też mówił o cenie sukcesu, powiedziałaś, że Twoje życie rodzinne, osobiste jest takim szkieletem, wokół którego to życie biznesowe się oplata jak bluszcz. Czytając książkę, niejednokrotnie widziałam, że w sumie to na odwrót, że ten biznes wchodzi buciorami w Twoje życie osobiste. Jak sobie w ogóle z tym radzić albo jak dojść do takiego zdania sobie sprawy, że hej że to powinno być właśnie na odwrót, ja po to mam biznes, żeby go sobie dostosowywać, a nie po to, żeby on wywracał mi życie do góry nogami?

AG: Tak, tak to jest świetne pytanie, wiesz i tam w książce były nawet takie momenty, kiedy z jednej strony pojawia się jakiś sukces w tym biznesie, który generalnie był stworzony po to, żeby wspierać życie osobiste, a z drugiej strony ten sukces tworzy takie sytuacje, gdzie no właśnie wchodzi z buciorami. Tam był taki moment, że normalnie robię warsztaty takie powiedzmy indywidualne albo nawet on-line, no to jest warsztat, prowadzę go przez zooma, kończy się warsztat. W momencie kiedy wybuchła pandemia do Oplotki zgłosił się bardzo duży klient firma Rossmann, tutaj współpracujemy już od ponad 2 lat i prowadzimy warsztaty on-line. I teoretycznie na zoomie to jest to samo tak, czy to są 3 osoby czy 300, to jest to samo, ale kiedy do tego dochodzi jeszcze zapakowanie 300 paczek, no to były takie momenty, że ja, mąż, dwójka dzieci, wszyscy tam, papierki, sznurki itd. Teraz oczywiście to jest troszkę bardziej zautomatyzowane, już wydelegowane często na zewnątrz, bo to się robią coraz większej ilości, więc nawet fizycznie nie jesteśmy w stanie – trzeba by było tira tutaj zamawiać, żeby to wywieźć – ale były takie momenty, kiedy właśnie z jednej strony chcesz poczytać dziecku bajkę, a z drugiej tu siedzisz i pakujesz te paczki, jak ten świstak zawijasz w te sreberka.

I to było takie momenty, które myślę, że wszyscy mamy w naszej działalności, takie momenty podjęcia pewnych decyzji, bo oczywiście można było pójść dalej i pakować coraz większej ilości paczek w domu i to się odbywa wtedy kosztem życia rodzinnego i są te pieniądze, tak. A można było no tak jak to teraz była taka decyzja no wydelegować to na zewnątrz, jest to bardziej kosztowne, więc tego pieniądza zostaje mniej na stole dla nas, ale pojawia się jeszcze większy komfort bycia z ludźmi, których kochamy i dla których ten biznes tak naprawdę tworzymy.

I ja bardzo chciałam pokazywać te sytuacje, bo one były, są i będą, i na pewno nawet jeżeli książka za 5 lat może te sytuacje konkretne nie będą tak aktualne, to mechanizm, który tam działa, myślę jest aktualne dla każdego przedsiębiorcy, na każdym etapie rozwoju biznesu czy to jest skala setek pracowników, czy to jest decyzja o pierwszej wirtualnej asystentce, to zawsze jest decyzja co ja jestem w stanie poświęcić, żeby rozwijać ten biznes. I kiedy dochodzimy do takiej ściany, że hej to są takie moje nonnegotiables ja to tak nazywam, takie nienegocjowalne rzeczy, dla mnie to było, że minimum 3 dni w tygodniu chcę z tymi dzieciakami spędzić wieczór i poczytać mi tę bajkę, no to po prostu nie dało się tego zrobić, pakując te paczki samodzielnie. Trzeba było to wydelegować i myślę, że to jest ta wartość zatrzymywania się, wduszania takiej pauzy i pytania się: Okej, jak ja to mogę zrobić inaczej, ile to mnie będzie kosztować?

Oczywiście tu nie chcę idealizować, no bo teraz sielskie życie, gdzie po prostu pracy w ogóle nie ma i tylko rodzina i z tymi dziećmi się przytulamy. Ono też nie istnieje i pewnie byłoby dla nas ciężkie i nudne, ja trochę byłam w tym miejscu, kiedy właśnie zrobiłam pauzę od architektury i tylko dzieci. Ja też czułam, że się wypalam, jestem coraz słabsza dla tych dzieci. Po jakimś czasie to już, wiecie, już rzygamy tymi klockami Lego na dywanie. A kiedy zaczęłam właśnie rozwijać firmę i kiedy coraz więcej było takiego dłubania przed komputerem, jakichś tam webinarów ekscytujących, to ja pamiętam, że za każdym razem, kiedy siadałam na ten dywan do tych klocków, to było takie ładowanie baterii tym życiem rodzinnym. I też byłam inna dla tych dzieci, więc myślę, że to jest to przesłanie dla przedsiębiorców.

Dajmy sobie prawo, żeby zatrzymać się wdusić pauzę i te decyzje podejmować, pytając tylko i wyłącznie siebie, czy ja chcę iść na taki kompromis czy nie. Czy ten kompromis jest dla mnie do zaakceptowania, czy czas pomyśleć o innym. I warto to sobie robić dosyć często, bo czasem jest tak, że rozwiązanie, które my sami wymyślamy i trochę tak w tych koleinach jesteśmy, ono po jakimś czasie przestaje dla nas samych funkcjonować, bo my też rośniemy, zmieniamy się, rozwijamy się. I tu Ty pięknie też działasz właśnie nad tym mindsetem, czasami jest tak, że jesteśmy fizycznie w tym samym miejscu, w podobnej sytuacji, ale my naszą głową przeszliśmy taką podróż, że zupełnie inne rozwiązania są dla nas akceptowalne

EW: Tak, zdecydowanie. Powiedziałaś właśnie, że przedsiębiorcom trudno jest pokazać ten miękki brzuszek, trudno jest przyznać się, że potrzebują pomocy, przyszła mi taka refleksja, że to jest dlatego chyba, że się napatrzyliśmy na innych a przynajmniej na ten wizerunek innych ludzi sukcesu, których widzimy np. w social mediach, i skoro oni są tacy twardzi, to my też musimy, oni na pewno nie potrzebują pomocy, oni ze wszystkim sobie radzą sami, więc my też musimy. I też w swoim podcaście mówiłaś o czymś takim, że inaczej patrzysz na takie przechwałki jak widzisz np. pracuję 3 godziny dziennie, a zarabiam 50 000 zł miesięcznie.

AG: Taak.

EW: Właśnie, co Ty wiesz, czego nie wiedzą być może początkujący w biznesie, żeby trochę inaczej spojrzeć na te przechwałki albo w ogóle na to takie piękne, instagramowe życie przedsiębiorcy.

AG: Tak, mi się od razu odpala jakiś taki trigger, jak to się mówi, w pracy nad mindsetem to nam się odpala takie… że o rety, tak. To znaczy, że tam mamy coś nieprzepracowane. Ja chyba też tak mam, bo ja generalnie cały czas dążyłam do tego, żeby ta firma, jeszcze te wizje biznesu online, którymi nas karmią wszyscy coachowie… to ja doszłam do tego że Oplotki są taką organizacją, gdzie no ta robota robi się sama, bo zatrudniamy ludzi, a my zarządzamy i mamy tam tę godzinę czy dwie godziny pracy dziennie. I rzeczywiście teraz jestem w takim punkcie, no nawet dzisiaj byłyśmy w stanie godzinne nagrania tego podcastu przełożyć, bo mam córkę chorą, ktoś po prostu się zajmuje nią w tym czasie itd., więc teoretycznie dzisiaj siadam do pracy na 2 godziny, nawet nie, bo ile tu będziemy, godzinkę sobie pogadamy i na dzisiaj luz, robota zrobiona. Więc teoretycznie spełnienie marzeń, ale często jest tak, że nie widzimy, jak wiele pracy i tych zarwanych nocy i godzin prowadzi do tego, żeby tak sobie ten biznes poukładać, żeby móc sobie pozwolić na taki komfort.

To raz, ale drugie – często karmimy się takimi opowieściami biznesów, które działają dla innych. I przyznam szczerze, że nawet gdybym miała taką możliwość, że pracuję tylko godzinę dziennie, to dla mnie to by była największa kara. No bo trochę jest tak, że uwielbiam tę robotę, uwielbiam gadać z ludźmi i za każdym razem, kiedy mam okazję popracować trochę dłużej i teraz kwestia, co nazywamy pracą, to ja to po prostu robię, czyli właśnie: co nazywamy pracą. Bo jeżeli dzwoni do mnie ktoś z jakimś zaproszeniem, musimy uzgodnić, co będziemy, nie wiem jakiś wywiad czy ktoś zaprasza mnie na konferencję, to ja potrafię siedzieć 4 godziny na telefonie: jak ma wyglądać, o czym chcę powiedzieć i ktoś już wiem, że po drugiej stronie jest znudzony tą rozmową, a ja tam jeszcze dopytuję, jeszcze dopytuję, bo chcę jak najlepiej dowieźć 15-minutowy speech. To samo było z TEDx-em, można było odbębnić jakieś tam przygotowania, a ja tam na każdym coachingu po prostu, żeby głos był idealny itd.

I rzeczywiście, jeżeli coś takiego nazywamy pracą, no to ja bym musiała pracować, nie wiem, 10-12 godzin, bo ja cały czas myślę o Oplotkach, cały czas kombinuję, co tam jeszcze, z kim by tu pogadać, a czasami nawet żeby do dziewczyn z zespołu coś napisać fajnego, jak tam idzie praca. I nawet muszę się pilnować, żeby im tam nie wkładać łapy i nie wkładać nosa do ich zadań, bo to też jest bardzo demotywujące, jak tam szefowa ciągle patrzy na ręce, też nie lubię tak się określać, ale rzeczywiście to jest trochę tak, że słyszymy te opowieści i mnie się zaraz rodzi takie pytanie: okej po pierwsze, ile pracy ktoś musiał włożyć w rozwój tej organizacji wcześniej, żeby móc sobie teraz pozwolić na taki komfort, bo to jest tworzenie procedur, które po prostu działają, dzięki temu ta firma działa na autopilocie, ale z drugiej strony czy to rzeczywiście są 2-3 godziny? No bo jeżeli Ty liczysz jako pracę ten fizyczny akt siedzenia przed biurkiem i właśnie np. nagrywania podcastu i to jest dla Ciebie praca to rzeczywiście, u mnie też tak jest.

Ale ja do pracy liczę rzeczywiście myślenie o firmie, myślenie o rozwoju, nawet rozwój własny, narzędzia, które stosujemy, żeby rozwijać siebie jako osobę, jako człowieka, taki wzrost szeroko rozumiany. Dla mnie to wszystko mieści się pod parasolem „praca”, więc muszę się przyznać, że w zależności od tego, jaką definicję przyjmiemy to pracuję od godziny dziennie do 12 godzin dziennie. To już wcale nie wygląda tak kolorowo, jak ktoś by się chciał zamienić. Ale do czego zmierzam, bo zawsze tak chciałabym takim protipem zostawić. Jeżeli się zastanowimy nad naszymi biznesami i dla mnie taki biznes skrojony na miarę, czyli taki który tworzymy po to, żeby właśnie pasował nam, i kiedy damy sobie to pozwolenie, żeby ten biznes właśnie tak tworzyć, pytać siebie, dawać sobie taką pauzę i się zastanawiać, czy to jest okej dla mnie, czy nie okej. Co muszę zmienić, żeby było okej albo żeby było takie bliższe mi, dalsze mi jest, więc co ja mogę poprawić, żeby to było lepsze dla mnie? To się okazuje, że nawet jeżeli stworzymy sobie idealny model biznesowy, taki właśnie, w którym pracujemy 2 godziny dziennie, i ktoś z zewnątrz może na niego patrzeć: o wow, ale super praca. I my się teraz z kimś zamienimy, oddamy mu to wszystko, to ta druga osoba pewno się tam będzie męczyć, bo jeżeli my sobie tworzymy biznes typowy dla siebie, to my zupełnie inaczej będziemy funkcjonować, jeżeli tam cokolwiek, najdrobniejsza zmiana się zadzieje.

Więc ja życzę każdemu przedsiębiorcy takiego biznesu, który jest dostosowany do niego. Jak ktoś ma energię, jakby taki drive, i chce pracować 10-12, to moim zdaniem nawet w Oplotkach, gdzie nasza misja to jest takie dawanie takiego slow i właśnie takiego trochę zwolnienia itd., to nawet jeżeli ma ochotę pracować 12, to ja mówię: tak, rób to. Bo przyjdzie taki czas, kiedy będziesz potrzebować pracować godzinę czy dwie, ale no potrzebujesz trochę zrobić sobie te procedury, żeby móc sobie na to pozwolić. I śmieję się, bo też miałam taki długi moment, kiedy strasznie się biczowałam, kiedy mówiłam, z jednej strony uczymy takiego relaksu właśnie, slow, odpoczynku przy rękodziele, ja tu mówię o tej takiej jodze dla umysłu. Sama też wprawiam się ten stan, kiedy dziergam, a jednocześnie rozwijanie organizacją Oplotki, to jest takie kurczę ciągle w takim kołowrotku. Bo ja byłam taka zajawiona przez dobre 3 lata, to ja po prostu każdą godzinę tam coś się dokształcam: tu jakiś podcast, jakieś szkolenie mojej mentorki, kolejny program, kolejna inwestycja i też czułam się jak taka hipokrytka. Ale dałam sobie w pewnym momencie prawo, do tego, że to slow może dla każdego znaczyć coś innego. W moim wydaniu to było tempo turbo. Teraz już takie nie jest, bo przy trójce dzieci też potrzebuję trochę wolniej, więcej się wyspać itd., ale kiedy takie potrzeby były, to kto mi to będzie mówił, że slow to tylko musi powolutku i siedząc na tej kanapie, wiecie, z tą parują tą kawą, jak to na instafociach branża handmade.

EW: Myślę, że w ogóle wielu osobom prowadzącym biznes brakuje takiej samoświadomości albo nie dopuszczają tego, co o sobie wiedzą, do głosu. No bo właśnie myślą, że powinni być jak ten ktoś albo nie powinni być tacy, albo chcieliby, aspirują do tego, żeby być jak tam ktoś, ta ona czy ten on, „ludź” sukcesu. A brakuje właśnie takiego spojrzenia w siebie, takiego co jest dla mnie ważne, co jest dla mnie dobre, jak ja chcę, żeby to wyglądało, tak. Co przekłada się np. na relacje z klientami. Ja często pracuję z osobami, które np. wpakowały się w jakieś współprace, które nie są dla nich dobre, no i teraz jak się z tego wyplątać. No właśnie trzeba sobie zadać pytanie, co jest dla mnie dobre, a nie co jest dobre dla klienta, dla całego świata dookoła

AG: Ja mam wrażenie, że uderzyłaś też w coś, co jest mi bardzo bliskie. Ja bardzo dużo czasu potrzebowałam, żeby nauczyć się mówić „nie” pewnym propozycjom, ludziom, sytuacjom. nawet teraz kiedy Oplotki zaczęły się bardziej dynamicznie rozwijać, w sensie bardziej widać nas na zewnątrz, no bo kiedy te zarobki były duże, my wcale nie miałyśmy jakiejś superspołeczności, ale to był dobrze prosperujący biznes. Ale teraz kiedy stałyśmy się bardzo popularne, no przychodzą różne propozycje, jakieś takie właśnie zapytania, prośby o współpracę albo prośby, żeby kogoś gdzieś tam promować i bardzo dużo samodyscypliny wymaga takie świadome mówienie „nie”. Trochę nas tak nauczono, że my takie dobre dziewczynki, no i jak można komuś powiedzieć „nie, nie zgadzam się; nie, nie chcę” i nie mieć innej odpowiedzi „tak”. A to jest niezgodne z moimi wartościami. Moim rodzicom czy mojej babci by to się w głowie nie pomieściło – jak, taka grzeczna dziewczynka!

A ja zauważyłam, że kiedy damy sobie prawo, żeby zrobić tę pauzę i nawet później odpowiedzieć negatywnie, tak naprawdę dajemy „tak” na wszystko, co jest nam bliskie i spójne. Ja tak miałam w przypadku uczenia biznesu, bo oczywiście sama uczę się biznesu u mentorki, kursy rękodzieła – tutaj szycia, drutów, szydełka i makramy, itd – liczne kursy rękodzielnicze, więc wiele osób miało taki namacalny dowód; kurczę, jak ona w branży rękodzieła, w której no teoretycznie wszystko jest za darmo na YouTube, ona uczy, no to ma metodologię, jak stworzyć kurs, który daje ludziom efekty, no i sprzedaje je za tam 300/400/ 500 zł – no teraz podnosimy ceny, więc ponad 500 zł za kurs szydełkowania online, no kamon, to jest wszystko na YT! Więc coś ta kobieta chyba wie o tym biznesie, czego ja nie wiem, i zaczęły się pojawiać takie osoby, które wprost pisały do mnie: Hej, ja bym chciała zrobić swój kurs, czy byś mnie poprowadziła 1-1?

Więc dla mnie pojawiła się taka bardzo kusząca, wiesz, furteczka, żeby tu wejść w buty takiego business coacha, sama mając takie bardzo duże wsparcie. Ja też pracuję jako mentorka w programach tej mojej mentorki, zaczynam parę lat temu, więc teraz kilka lat już jestem też w takich trochę bardziej zaawansowanych programach, gdzie tam bardziej uczę się tworzenia, organizacji, leadershipu itd., ale sama uczę tych nowych członków jej online MBA, będąc właśnie taką mentorką z perspektywy kogoś, kto po prostu mówi z doświadczenia, z zbudowania takiego funkcjonującego biznesu, i pojawiła się ta furteczka na rynku polskim.

Gdzie ja tak sobie myślę: kurczę, no zapotrzebowanie rynku jest, kolejne osoby pytają, to może ja taki no pakiecik 10 godzin sprzedam tam za parę tysięcy, no kuszące, kuszące, nie. Zwłaszcza że w tej branży rękodzieła, ja też pracuję w zupełnie innym klientem, kiedy w Akademii rękodzielnika uczę biznesu w oparciu o rękodzieło, no to umówmy się, że to też nie są stawki, które są akceptowane na takim typowym rynku tego biznes coachingu, to często są zupełnie inne stawki, też inna gotowość po drugiej stronie. Tu też dużo jest przekonań, więc też z Twojej działki przekonań, czy ja w ogóle mogę zrobić biznes, który płaci kredyty, bazując go na rękodziele, ale tu wchodzimy w inną opowieść.

Chodzi o to, że jakby bardzo dużo mnie kosztowało, żeby świadomie powiedzieć „nie” i też zadecydować no dobrze, to jak mówię „nie”, ale nie chcę tych ludzi odsyłać z kwitkiem, bo też taka jest moja filozofia – jeżeli możesz, to pomóż. Tylko wymyśli jak. No to też przyjęłam zasadę, że stałam się oficjalna ambasadorką Sigrun, i pewno też dlatego gdzieś w biznesowy grupach kojarzysz mnie jako tą, która tę Sigrun ciągle promuje. Nawet ktoś mi pisał, że ja to nie wiem, co Ty robisz, ale Ty ciągle o tej Sigrun gadasz. I ja przyjęłam taką zasadę, że mówię: Hej, jak chcesz zrobić naprawdę dobry kurs on-line, który się sprzeda i będzie podstawą do Twojego biznesu, to skorzystaj z nauki mojej mentorki. Ja jestem jej partnerką i jako mentorka w jej programie też będę Cię wspierać, ale jakby osobno tego ode mnie nie kupisz. Możesz kupić jej program, to tam najniższy jest Kickstart, gdzie tworzysz swój kurs, jak chcesz, pisz do mnie, ja Ci dam cynka, kiedy będzie, poprowadzę Cię w tym programie, ale jakby osobno tego nie robię. Tam jest tak zaprojektowany proces, że lepszego na świecie nie ma. Ja się też pod tym podpisuję obiema rękami.

Ale z drugiej strony zauważyłam, że jest taka mała luka, bo oczywiście Sigrun są wszystkie po angielsku, najczęściej to nie jest bariera w tych dzisiejszych czasach to wszyscy po angielsku mówimy, ale zauważyłam, że ja mogę wspierać – pod czym ja się chętnie podpisze i pod czym ja powiem tak, to znowu jest coś, co wypływa z Oplotki know-how, który zyskaliśmy jako organizacja czy ja jako osoba, tworzenia przestrzeni nieformalnej rozmowy, wymiany myśli i tworzenia tej przestrzeni, w taki sposób, że jakby z jak najmniejszej porcji czasu wyciągamy jak największą wartość, taką merytoryczną. To jest know-how, którym ja się mogę podzielić, więc też zaczęłam prowadzić mastermindy biznesowe, więc już tutaj nie trzeba dziergać, powiedzmy można sobie odpuścić tę warstwę typowo Oplotkową, rękodzielniczą, ale prowadząc takie mastermindy, korzystam z takiego know-how, któremu chcę mówić tak, bo ja wiem, że ten czas spędzany podczas prowadzenia mastermindów biznesowych, to znowu jest szlifowanie tego najcenniejszego zasobu firmy Oplotki, czyli umiejętności tworzenia tej właśnie przestrzeni otwartej na wszelkie przejawy wymiany myśli. Więc zostawiłabym z taką myślą, że warto czasem powiedzieć „nie”, nawet jeśli to finansowo jest tak, że trzeba się trzy razy zastanowić, czy mogę, bo w takiej dłuższej perspektywie, to i tak nam finansowo się opłaci, bo będziemy mieć siłę na robienie maratonu z tego, co kochamy, niż ten sprint, który krótkotrwale da nam jakiś fajny zarobek.

EW: Agnieszka, chciałabym wrócić do tego momentu, gdy założyłaś swoją działalność, gdy stwierdziłaś, że okej, za te warsztaty mogę brać pieniądze i to regularnie, więc czas założyć działalność: czy wtedy miałaś taką wizję już rozwoju Oplotek, że to będzie takie, no nazwijmy to sobie odważnie, no imperium rękodzielnicze?

AG: Nie, no. Superpytanie, bardzo się cieszę, że je zadałaś, bo ja mam wrażenie, że to wszystko działo się tak szybko i tak organicznie i tak naturalnie, że ja nawet nie miałam kiedy się zatrzymać i tak przestraszyć tego, co mnie czeka. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę stała na scenie TEDx Warsaw Woman i opowiadała o procesie rękodzielniczym, w którym jest zawarta tak naprawdę prawda o uczeniu się siebie, świata, rozwoju też takim duchowym, mentalnym, to ja bym się wystraszyła pewnie i uciekła, wiesz. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę, nie wiem, Prokopa zawijała w własnoręcznie dziergany szalik wraz z uczestniczkami Akademii Rękodzielnika, bo to uczestniczki mojego programu udało mi się zabrać do tego programu, żeby były tam ze mną, więc wiesz w ogóle dyskutowanie z wydawcą, że takie są moje warunki i koniec, gdyby mi to ktoś powiedział na początku Oplotki, to ja bym pewnie się przestraszyła i uciekła, bo ja też nie byłam do tego gotowa.

Ale rzeczywiście, kiedy Oplotki się zaczynały, one się zaczęły z takiego wielkiego przekonania, że te rozmowy, to co jest w tych spotkaniach, tam jest jakaś taka nie namacalna nie wyrażona w pieniądzu wartość uniwersalna, która była właśnie kiedy nasze babcie darły pierze, kiedy nasze mamy przekazywały nam nie wiem w bajkach jakieś wartości, uczyły nas życia, tego, jak otwierać się na świat, i to jest coś, co pójdzie z nami pewno dalej, niezależnie od tego czy będziemy to robić na zoomie czy w metaverse, czy w jakichś innych technologiach.

To spotkanie człowieka z człowiekiem odartego z wszystkich właśnie uprzedzeń, na takim gruncie, że skupiamy się na tym, co nas łączy, a nie dzieli. I tak jest właśnie z tym rękodziełem, niezależnie czy tam w asanie rano siedzisz czy pacierz zmawiasz, to jak Ty nie umiesz słupka, to jesteś równa tak, równa z tą drugą panią. Jest tam coś tak uniwersalnego, że ja poczułam, że pójdę za tym. I ta wizja, to przeświadczenie, to coś, co w środku czułam całą sobą, całym ciałem, napędzały mnie do kolejnych kroków.

I ta umiejętność zatrzymywania się, kiedy przychodziło coś kuszącego, pojawia się, powiedzmy no zewnętrzna firma, duża platforma kursowa, która mówiła: chodźcie tutaj, dajcie nam swoje kursy, my je będziemy sprzedawać, tutaj dostajecie prowizję, o, fajny deal. I to zastanowienie: Hej, ale ktoś będzie mówił, co ja mam robić. Oplotki już nie będą mną. Nie, to ja podziękuję. I za każdym razem zatrzymywanie w takich momentach, to właśnie doprowadziło mnie do tego punktu, więc jak mogę zostawić z jakąś myślą, to my często tak mamy, ja też tak miałam, że marzyłam żeby być w Forbesie i kiedy to się stało, kiedy ja w Forbesie doradzałam, jak inwestować w rękodzieło, spełniało się moje marzenie, to ja czułam jakiś taki dziwny irracjonalny poziom, nie chcę tego nazwać rozczarowania, ale wyobrażałam sobie to jako takie fanfary, wiecie, i w ogóle, co się dzieje, że wszyscy biją brawa w rodzinie itd.

A okazało się, że to jest tak normalne i tak naturalne, jest to tak naturalny kolejny krok, który przychodzi, kiedy właśnie mamy taki nawyk budowania, parcia do przodu, rozwijania się, szukania nowych dróg, docierania do kolejnych osób, gdzieś tam mówienia, o tym, co robimy, i po prostu podążania za tymi osobami, które chcą słuchać, które otwierają się na nas, na nasz przekaz, to bardzo wielkie rzeczy przychodzą w taki zaskakująco naturalny sposób.

Więc to nawet dla wszystkich, którzy tak sobie mówią: kurde, fajnie by było w tym TVN-ie, ja też byłam w takim punkcie, gdzie sobie marzyłam, kurczę, kiedyś pójdziemy i w TVN-ie, na kanapie opowiemy Oplotkach i o tej idei. Wydawało się to takie niedostępne i dla takich nadludzi, nie dla nas, to okazało się, że kiedy trochę o tym zapomniałam i zajęłam się robotą, tym, co robimy na co dzień, to przyszło samo, jako takie efekt uboczny. 

EW: Czyli co? Czyli lepiej nie robić jakieś długoterminowych wizji, bo się można przestraszyć? (śmiech)

AG: Chociaż powiedziałabym, robić wizje i robić plany, ale robić je dla samego procesu planowania. Ja co roku robię sobie taką vision board, nawet jak teraz rozmawiamy, to sobie na nią patrzę. Myślę, że w ogóle takie robienie sobie takiego zatrzymania i wizji takiej wiesz, na za 10 lat to jest tak bezpiecznie odległe, że możemy sobie pozwolić nawet na marzenie takich no właśnie TVN-ów i właśnie TEDx-ów. Ja też tak miałam, to było na tej tablicy przyklejone, ale myślę, że też otwieranie się na to, że to się może zmienić, że to jest taki plan, który robimy, żeby nas ciągnął w jakimś kierunku, ale to tak naprawdę ta droga jest ważniejsza niż cel. Bo okazało się, że kiedy marzyłam o Forbesie, marzyłam wiesz, o okładce, która mówi: Gucci mama is a new black, czyli jakby że mamy są teraz przedsiębiorczyniami, logistyka level pro. I wierzę, że ten przekaz kiedyś stanie się modny, stanie się lansowany, ale tak naprawdę trafiłam tam jako osoba, która doradza w inwestowaniu w rękodzieło.

Czyli teoretycznie nie osiągnęłam dokładnie tego, o czym marzyłam, ale ta droga zmierzania, te rozmowy z wydawcą, to jak trzeba było dopracować tekst, otworzyło tak dużo klapek w mojej głowie, że nieosiągnięcie tego celu stricte tak jak go sobie wymarzyłam czy przykleiłam do tej tablicy mojej, otworzyło mnie na bardzo wiele kolejnych możliwości i to pociągnęło kolejne zaproszenia, kolejne wywiady, takie wywiady-rzeki. Każdy z tych ty wywiadów też uświadamiał mi pewne rzeczy, których ja nie widziałam w tym biznesie, które robimy. Każdy kolejny klient otwiera mnie na nowe możliwości, jak można wykorzystać warsztaty rękodzieła jako właśnie narzędzie, choćby teraz dla takiego mindcare pracowników.

No oczywiście mówimy w kontekście pandemii, ale teraz no dzieje się wojna, nazwijmy rzeczy po imieniu, co większość pracowników dużych korporacji sparaliżowało. Przestrzeń rozmowy, choćby takiej przy rękodziele, ktoś mógłby powiedzieć: no teraz będą sobie dziergać, coś? Gdzie tu wojna za granicą? Ale dla pracodawcy, który wie, że teraz bardzo ważne jest, żeby zadbać o taki mindcare czy taki dobrostan pracowników, nasze warsztaty stają się potężnym narzędziem, żeby tym ludziom dać po prostu przestrzeń porozmawiania o tych emocjach, o tym strachu, zagospodarowania tego i znalezienia sposobu, jak sobie pomóc w tej sytuacji i przejść do heroizmu życia codziennego, normalnej pracy. Więc cieszę się, że to otwiera bardzo wiele takich możliwości i to planowanie, właśnie nawet takie szalone, to moim zdaniem jest superrzecz, to jest rzecz warta robienia, ale też otwarcie się na to, że czasami to wcale nie spełnienia tego planu, tylko sam proces planowania jest super ważny

EW: To jakie plany teraz na rozwój twój własny i Oplotek? 

AG: Przyznam, że to jest chyba najtrudniejsze pytanie, bo to wszystko, co było na tych takich tablicach odległych marzeń, takich na właśnie na za 10 lat, za 15 lat, to przyszło w skali roku, dwóch. Myślę, że też pandemia bardzo przyspieszyła to, co ja planowałam gdzieś w kontekście biznesu online, miałam poczucie, że to jest taka bardzo niszowa usługa jakieś warsztaty online szydełkowania. Ona była bardzo często tylko dla osób np. po nowotworze, które się bały przyjść po prostu, nie chciały się pokazać gdzieś tam bez włosów, więc ten format online był przyjazny. To się zadziało w ciągu roku, dwóch, trzech, więc w tym momencie naprawdę otwieram się na to, co przychodzi.

Pierwszy raz w życiu chyba odważyłam się nie przykleić do tej mojej tablicy niczego poza takimi obrazami właśnie poranka z dziećmi, wiesz, mam tutaj cytat Rafała Brzoski z InPostu, podziwiam. „Ścigamy się tylko ze sobą i własną wizją rozwoju. Konkurencja tak naprawdę nie istnieje”. No dużo to taki cytatów odnoszących się do tego, jak teraz mogę konsolidować naszą branżę, bo mam poczucie, że – nie chcę, żeby to butnie nie zabrzmiało – już nie boję się konkurencji. Zobaczyłam, że szukanie możliwości wzrostu poprzez współpracę, a nie konkurowanie, to jest droga, by iść dalej, i co jesteś takie bliskie tym ideom takiego leadershipu 2.0, takiego leadershipu po kobiecemu, że mam wrażenie, że na tej tablicy są takie małe wyrywki: okej, jak współpracować z taką osobą, z taką, z taką, co możemy razem wymyślić? Gdzie możemy jeszcze otworzyć nowe drzwi? I tak naprawdę tu nie ma konkretnej rzeczy, bo trzeba ją wymyślić, trzeba się otworzyć na to, że ona przyjdzie.

Ja bardziej chyba się zastanawiam, z jakimi ludźmi chcę współpracować, jakie rzeczy chcę robić, jakim projektom chcę mówić „tak” i dlatego tak się cieszę, że dzisiaj nagrywamy, bo to dawanie sobie prawa, żeby móc powiedzieć „nie” po to, żeby móc powiedzieć „tak”, to moim zdaniem jest coś, co jakby na przestrzeni tych lat pokazało mi, że jest największym zasobem i moim, i naszej organizacji, ta niezależność, to podążanie za czymś, co jest nam bliskie. I wiemy, że za tym pójdą osoby, którym nasze wartości, to, co robimy czy jakiś taki przekaz, który chcemy nieść, pójdą za nami, więc jakby jestem bardzo spokojna o to, że niezależnie czy mamy jakiś konkretny plan, czy nie, to będzie. Ale z takich planów krótkoterminowych, no to oczywiście otwieramy się na nowe współprace, też na klientów korporacyjnych, widzimy, że teraz Oplotki to, śmiejemy się, jest taki kombajn. Oczywiście obsługujemy indywidualne osoby, które do nas przychodzą na warsztaty, choćby te poniedziałkowe bezpłatne, gdzie pokazujemy, co robimy, czy na nasze kursy rękodzieła, które są już takim krokiem głębiej, już takim bardziej mięsistym know-how.

Oczywiście można je kupować indywidualnie, ale przyznaję, że robimy się już taką dosyć dużą organizacją, gdzie nastawiamy się już na takich dużych klientów, obsługiwanie licznych warsztatów, wydarzeń, eventów online, wszędzie, gdzie nasze rękodzieło może wspomóc proces czy to coachingowy, czy rozwojowy, czy jakiś warsztatowy. Szukamy też takich wyzwań, w których też mamy poczucie, że otwieramy się na nowe, rośniemy. No a z takich totalnie przyjemnych, to lada chwila książka już trafi do takiej regularnej sprzedaży, nie mogę się doczekać. Po takim okresie, gdzie była dostępna tylko dla wspierających nasz crowdfunding, czyli taki proces wydania i czytania tej książki tylko przez osoby, które właśnie zaufały, zanim jeszcze powstała, no to teraz otwieramy już ją dla szerszego grona, więc też tak się cieszę, że mogłam tutaj opowiedzieć, bo mam poczucie, że to jest potrzebna pozycja.

Niezależnie od etapu rozwoju czy dopiero myślimy o tym zaczęciu biznesu, czy już jesteśmy bardzo daleko, już tak trochę nie pamiętamy, jak to było na początku, to tam udało mi się złapać takie momenty, które są bardzo aktualne na każdym etapie rozwoju, i czasami warto je sobie przypomnieć, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy, bo to one pozwalają nam podejmować decyzje takie w zgodzie z nami.

EW: Zdecydowanie bardzo potrzebna pozycja. Oczywiście zalinkujemy do tej książki, żeby nie zginęła, bo naprawdę, naprawdę bardzo też skłania do refleksji, bo też zadajesz tam ważne pytania, które możemy sobie zadać podczas lektury, więc to za świetny pomysł. Agnieszko, tak na podsumowanie naszej rozmowy, teraz wiedząc, ile to wszystko kosztowało i jakieś turbulencje w związku, i właśnie wchodzenie buciorami w życie rodzinne, i dużo czasu spędzonego, pewnie też sporo porażek gdzieś tam po drodze, czy powtórzyłabyś dokładnie tę samą drogę?

AG: Tak, słuchaj, tak. I mówię to z takim pełnym ownershipem tej decyzji. Wiele było takich momentów, kiedy już chciałam rzucić w cholerę, poddać się, wrócić do architektury, bo to zawsze jest dla mnie taka bezpieczna sieć, nawet te kontakty, które do dzisiaj zostały, klienci, którzy wracają, pani Agnieszko, może się pani namyśli i zrobi nam pani nam to biuro. To jest takie bardzo przyjemne dające takie poczucie bezpieczeństwa, ale to mnie trzyma w każdym momencie, gdy właśnie już tak ciężko, coś nie wychodzi, jest jakiś taki moment przełomu, ale czuję, że każdy taki moment daje siłę, żeby pójść dalej, że trochę ciężko jest doceniać te duże sukcesy, gdyby nie było tych trudnych momentów.

Te sukcesy zazwyczaj przychodzą po takich właśnie dołkach, po takich trudnych decyzjach, po nie wiem odejściu, rozstaniu z jakiejś współpracy albo po jakieś trudnej decyzji, że niby wszystko na zewnątrz jest okej, ale gdzieś tam taki cichutki głosik w sercu, gdzieś coś Cię ostrzega, że nie, że nie. I Ty idziesz za nim wbrew wszelkim takim racjonalnym powodom. Cieszę się, że każda z tych decyzji była i teraz z perspektywy widzę, że nawet te, które odbierałam jako taki największy fakap, największa po prostu wpadka roku, one niosły ze sobą niesamowite dary. I widzę to dopiero z perspektywy. Więc tak, zdecydowanie. Poszłabym tą drogą, kroczę nią dalej, nawet w tych ciężkich czasach. W tym momencie, gdy od trzech tygodni jesteśmy w zamrożeniu, trwa wojna z Ukrainą, i też szanujemy to, nasza sprzedaż leży. Ja się zastanawiam czy będzie na pensję i chyba każdy z przedsiębiorców miał taki moment, kiedy mówi: kurczę, no w ogóle to saldo się nie zgadza. Ale mam poczucie, że znowu za rok, dwa, trzy dostrzegę w całej tej sytuacji dar, tą kreatywność, którą teraz trzeba z siebie wykrzesać, żeby udźwignąć tą organizację przez kolejne, kolejne miesiące. To jest ten poziom kreatywności, który jest potrzebny w biznesie na co dzień, więc myślę, że to wszystko dzieje się dla nas.

EW: Pięknie, dzięki Ci za te słowa, Agnieszko. No i dzięki za rozmowę. Jeśli chcecie więcej Agnieszki poczytać czy posłuchać, no właśnie, no to gdzie Cię znajdziemy?

AG: Oj, dziękuję Ci. No najłatwiej znajdziecie nas na oplotki.pl i tam jest cały nasz rękodzielniczy ekosystem: warsztaty, bezpłatne warsztaty, kursy on-line, wsparcie dla twórców rękodzieła, którzy chcą stawiać biznesy w oparciu o rękodzieło czy to na warsztatach, czy to sprzedaży produktów, czy to właśnie gdzieś tam świadcząc różnego rodzaju usługi około rękodzielnicze. Wszystko, co związane z tą branżą, znajdziecie na oplotki.pl, ale też zachęcam do przestrzeni takiej mojej bardziej prywatnej na agnieszkagaczkowska.pl. To już jest taka przestrzeń typowo moja jako mentorka biznesowa, jako też takie wsparcie przedsiębiorców, przedsiębiorczyń, no tu nie czaruję, że głównie też jakby dzielę się tym know-how z kobietami, ale jak najbardziej czy to mastermindy biznesowe, czy to spotkania, czy to po prostu rozmowa, bo mam poczucie, że choćby ten proces wydawania książki, to jest bardzo duża porcja wiedzy, której no ja też nie wiedziałam, że to jest tak gigantyczny projekt.

Czasami godzinne pogadanie z kimś, kto już to zrobił, dużo daje. Ja otwieram się na to, co przychodzi, ten rok dla mnie to jest taki rok selfcare pro, czyli po prostu takiego otwierania się na to, co przyjdzie, i świadomość, że mogę powiedzieć „tak”, mogę powiedzieć „nie”, więc zapraszam po prostu do mailowania na agnieszka@oplotki.pl. Mam poczucie, że to jest jedyna rzecz, której jako szefowa ciągle nie mogę puścić, ciągle sprawdzam te maile sama, odpowiadam na wszystkie osobiście i daję sobie prawo, bo jest to taki wielki przywilej czytania niesamowitych historii, czytania niesamowitych pytań i świadomości, że na wiele z nich jestem w stanie odpowiedzieć i pomóc, więc zapraszam.

EW: Dzięki, Agnieszko, zapraszamy słuchaczy na Twoje kanały, też do podcastu oplotkowego, też fajne tematy tam poruszasz, więc jak najbardziej, no i dziękuję bardzo za tę rozmowę. Myślę, że dużo, dużo tematów do refleksji dla naszych słuchaczy zostawiłaś. 

AG: Wielkie dzięki, Emilio. Wielkie dzięki za zaproszenie. Świetna rozmowa, ładuje lepiej niż poranna kawa.

EW: Dzięki, do usłyszenia!

AG: Do usłyszenia!

Czym dla Ciebie jest sukces i ile chcesz za niego zapłacić? Myślę, że to podstawowe pytanie po wysłuchaniu tej rozmowy. Pamiętaj, że tylko Ty możesz sobie odpowiedzieć na to pytanie. Transkrypcję, notatki i linki do wszystkich wspomnianych miejsc znajdziesz pod adresem emiliawojciechowska.com/25. Chcesz być na bieżąco z nowymi odcinkami, a do tego popracować nad swoimi mentalnymi blokadami? Zapraszam Cię serdecznie do zapisania się na moje Spokojne Listy – to cowtorkowy newsletter. Zaraz po zapisie możesz zapoznać się z moim najnowszym prezentem – serialem mailowym Mentalne blokady i jak je znaleźć. Wskocz w sam środek akcji na emiliawojciechowska.com/listy. Do usłyszenia!

Spodobało się? Pomogłam Ci?
Postaw mi kawę, bym mogła tworzyć więcej treści! :)
Wypiję za Twoje zdrowie :)